Znowu w drodze

By kuba • Na stópkach, Portugalia • 18 Aug 2014

Kurcze, ale nam tego brakowało… Bardzo dawno już nigdzie dalej się nie ruszaliśmy. Nie było tego dreszczyku emocji związanego z wyjazdami, tego oczekiwania na przygodę. Ciąża z Janką dała mi nieźle w kość i nie było mowy o wyjazdach. Teraz jednak nasza pannica ma już 3 miesiące, ja jako-tako się ogarnęłam po porodzie – można ruszać w świat! Kierunek – Madera. Wyjazd na wyspę już od dawna chodził nam po głowach, znajomi polecali tę destynację. Polowaliśmy więc na tanie bilety. Trafił się czarter z biura podróży: zakup biletu wieczorem, wylot następnego dnia o  6 rano. Był więc szał pakowania (połowa rzeczy nie wyprana J) i kompletowania sprzętu (część pożyczona od znajomych – dzięki!). Noc zarwana, ale udało się niczego nie zapomnieć.

Lot (dosyć długi, bo pięciogodzinny) z dwójką “infantów” (w żargonie lotniczym: dzieci poniżej drugiego roku życia) upłynął niespodziewanie dobrze. Mieliśmy dodatkowe miejsce, na którym rozlokowała się Janka w swoim foteliku samochodowym. Dzieciaki, jak aniołki, jadły, spały, grzecznie się bawiły i czarowały stewardessy i współpasażerów uśmiechami.

Dobra passa skończyła się na lotnisku – były problemy z wypożyczeniem samochodu (to już taka świecka tradycja w naszym przypadku). Podczas gdy Kuba próbował przekonać personel wypożyczalni, że jest wypłacalny oraz wykłócał się, żeby nie zapłacić złodziejskiej stawki ubezpieczenia, ja z dwójką dzieci i toną bagażu kiblowałam na ławeczce przez cztery godziny. Sytuacja wyprowadziła Jurka z równowagi. Co gorsza, nie mieliśmy nagranego żadnego noclegu – przed wyjazdem, w ferworze pakowania nie było już na to czasu, zresztą – większość portali oferujących zakwaterowanie nie pozwala na rezerwację przez internet tego samego dnia. Trochę więc trzeba było pojeździć i poszukać. Udało się znaleźć świetną miejscówkę (pokój z kuchnią, łazienką i wspaniałym tarasem w mini-pensjonacie (tylko dwa pokoje) i tea-house’ie prowadzonym przez przemiłych starszych państwa. Dla Jurka w ofercie dwa psy i „riby” w betonowej sadzawce – gratis. Lepiej nie mogliśmy trafić. Ten dzień jednak spisaliśmy na straty – udało się tylko jeszcze szybko zrobić szybkie zakupy i padliśmy (dobrze, że dzieciaki również).

 

Następy poranek rozpoczynamy śniadaniem w ogrodzie. Pogoda idealna – ze 25 stopni plus słońce i umiarkowany wiaterek. Jeszcze nieco zmęczeni podróżą i nie do końca wyspani (dzieciaki, zwłaszcza Jurek, to jednak ranne ptaszki) postanawiamy, że będzie to dzień lajtowy. Jedziemy zwiedzać jaskinie w Sao Vicente. Same jaskinie nam się podobają, ale system ich zwiedzania – już nie bardzo. Chodzi się w zorganizowanych grupach z przewodnikiem, który, delikatnie mówiąc, przynudza i to, niestety, w dwóch językach – najpierw po portugalsku a potem po angielsku. Cała godzinna wycieczka dłuży nam się niemiłosiernie, zwłaszcza, że dzieciaki unieruchomione w plecaku i chuście protestują, gdy tylko na chwilę się zatrzymujemy (chodzę z Janką w tę i z powrotem podczas gdy reszta grupy podziwia każdy nawis i odnogę jaskini). Kupa Janki przesądza o odwrocie i rezygnacji z multimedialnej wystawy (której i tak nie można obejrzeć „po swojemu”, tylko trzeba  przewodnikiem). Mimo wszystko jesteśmy zadowoleni, że odwiedziliśmy jaskinię. To pierwszy tunel, jaki widziałam wydrążony nie prze wodę, ale przez lawę. Resztę dnia spędzamy szwędając się po maleńkim Sao Vicente. Odwiedzamy polecaną w przewodniku cukierenkę, która okazuje się sporym rozczarowaniem. Ogólnie wyżerka w Portugalii, a przynajmniej na Maderze, marna. A jakoś zawsze mi się wydawało, że u południowców kuchnia musi być przepyszna. Dodatkowo naczytaliśmy sięi nasłuchaliśmy o tych cudownych owocach morza i przewspaniałych owocach i… kupa. Trafialiśmy na knajpy z przeciętnym żarciem (choć zazwyczaj mamy dobre oko do knajp). Mango i pomidory słabiutkie (może to nie sezon?). Słynne portugalskie, mleczne tarteletki jakieś takie zakalcowate (te w Macao były o niebo lepsze, a może po prostu świeższe). Sytuację ratowały tylko przyzwoite ananasy i marakuje. A ryby i owoce morza? Pewnie i są pyszne, ale nam nie udało się nigdy  trafić na rynek w porze, kiedy można je kupić – zawsze było coś ciekawszego do roboty niż zakupy.

Pierwszy dzień zlatuje nie wiadomo kiedy a my, mimo kulinarnego rozczarowania, jesteśmy Maderą zachwyceni.

Tags: , , , ,

2 Responses

  1. Ale akcja z tym szybkim pakowaniem! Szaleństwo ! Dopiero co trafiłam do Was, ale będe zaglądać po impresje podróżowania z dwójką maluchów 🙂

  2. Hej Justa – no nie urkywam ze bylo wesolo 🙂 Postaramy sie wrzucac cos co jakis czas, ale ostatnio slabo nam troche idzie…

  • RSS
  • Facebook
  • Google+