Piaskownica

By kuba • Na stópkach, Oman • 12 Apr 2013

Kolejny przystanek na naszej trasie to Wahiba Sands – wspaniala, piaszczysta pustynia, której duma sa wydmy, jedne z najwiekszych na swiecie.

Na pustyni mozna spac na dziko, we wlasnym namiocie lub w zorganizowanym obozie (pod warunkiem, ze ma sie auto, ktore jst w stanie pokonac piachy, aby tam dotrzec). Nasz Ford raczej by sobie nie poradzil z wydmami, wiec wybor jest ograniczony – musimy sie zadekowac w jedynym obozie polozonym na skraju pustyni, tuz pod “srebrna”wydma, gdzie mozna dojechac nie-terenowka.

Oboz wyglada jak prawdziwa osada plemienia koczowniczego i podobno prowadzony jest przez miejscowe plemie, ale my tam widzielismy tylko Hindusow i Pakistanczykow. Za przyjemnosc spania w betonowej beczce wyscielanej szmatami rozpostartymi na stalowych pretach i kiblem na zewnatrz, 300 m. pod gore po piachu nalezy zaplacic prawie 200 zl od osoby. W cenie najgorsze zarcie jakie udalo nam sie dostac w Omanie: hummus z puszki, wynedzniale, pseudoamerykanskie, niestostowane pieczywo tostowe i dzem z plastiku. Nie mamy co jednak narzekac – obsluga jest mila, a manager, po zapoznaniu sie z Jurkiem, zamienia nasz najtanszy pokoj na dwuizbowy “apartament” z tarasem i lazienka, bez doplat.Trzeba przyznac, ze oboz jest klimatyczny, zwlaszcza wspolna sala, gdzie serwowane sa posilki i gdzie mozna odpoczac na dywanach i poduchach pogryzajac daktyle i popijajac calkiem dobra kawe.

Niestety, nie udaje nam sie zalapac na zachod slonca nad wydmami, bo do obozu docieramy juz po zmroku. Postanawiamy nadrobic stracone widoki nastepnego dnia. Zrywamy sie przez zachodem slonca i wgielgujemy na nasza srebrna wydme (Kuba pierwszy, ja za nim z kilkunastominutowa strata spowodowana karieniem Jurka, i z Jurkiem oczywiscie). “Spacer” po wydmie to jedna z najbardziej wyczerpjacych fizycznie aktywnosci z jaka sie zetknelam. Zwlaszcza z 10-kilogramowym, slodkim ciezarem Jerzego i jego lektyki w postaci fotelika samochodowego. Wysilek sie oplacl – wschod slonca byl przepiekny a turlanie w piachu na szcycie wydmy zabawne.

Tego dnia po sniadaniu Kuba zalapal sie jeszcze na krotka wyprawe terenowka po pustyni, wspolnie z poznanymi poprzedniego wieczora Niemcem i Wlochem – jedynymi, oprocz nas, goscmi obozu. Chlopakom podobaly sie strome zjazdy i podjazdy na wydmach. Kolejny raz zalowalismy, ze nie mamy wlasnej terenowki, ktora moznaby poszalec po pustyni przez kilka dni.

Usatysfakcjonowani naszym “desert experience’ wyruszamy w droge powrotna do Maskatu zahaczajac po drodze o souk w Ibrze, na ktorym sprawiam sobie tradycyjna abaye u prawdziwego krawca a Kuba – bacik do poganiania koz (ktory od razu gubi). Souk, na ktory trafiamy, nie jest nastawiony na turystow (Ibra to male miasteczko i malo ktory bialas w ogole tam trafia), wiec i ceny wiecej niz przystepne. Jeszcze tylko krotka wizyta w bazarowym coffee shopie na kawe i tutejszego paczka-oponke  ruszamy w dalsza droge.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+