W trasie i u łowcy białasów

By kuba • Na stópkach, Oman • 3 Mar 2013

Pierwszy dzień w drodze. Mamy wynajęte autko, zapas wody i jedzenia, namiot, wygodny materac do spania, kuchenkę i w ogóle jesteśmy samowystarczalni. Na początek miła niespodzianka – pełny bak tankuje się tutaj za niecałe 50 zł. Tak to możemy jeździć.

Naszym pierwszym przystankiem na trasie jest Bimmah sinkhole, jedna z wielu omańskich dziur z wodą (wygląda trochę jak meksykańskie cenotes). To bardzo miłe miejsce na odpoczynek w podróży i piknik. My zamierzamy spożyć zakupioną wcześniej świeżutką bagietkę i oliwki oraz ananasa, ale po przetrzepaniu bagażnika okazuje się, że zakupy zostały w centrum handlowym, w kawiarni 🙂 Humory trochę się ważą, ale zaraz poprawiają – nasze oczko wodne jest naprawdę śliczne. Niestety, jest również dosyć popularne wśród lokalsów, więc nie możemy mieć go tylko dla siebie (raczej się nie wykąpiemy, bo nasze stroje kąpielowe są zbyt swobodne jak na to miejsce) no i jest tam trochę śmieci (Omańczycy rzucają śmieci gdzie popadnie, przecież Hindusy posprzątają).

Naszym miejscem docelowym tego dnia są Wadi Tiwi i Wadi Shab – dwa, położone niedaleko siebie kaniony. W ich okolicę docieramy już po zmroku. Chcemy się przespać w namiocie a następnego dnia rozpocząć eksplorowanie wadi. Planowanie trochę zawodzi, bo to ma być nasza pierwsza noc w namiocie z Jurkiem a będziemy szukać miejsca biwakowego w nieznanym terenie, po ciemku. Żeby oddalić ten przykry obowiązek postanawiamy najpierw spożyć kolację w wiosce Tiwi, uroczo położonej nad morzem u wylotu jednego z kanionów. Kolacja jest paskudna (a o to w Omanie niezwykle trudno, gdyż jedzenie jest tam przepyszne, mieszanina kuchni arabskiej i hinduskiej). Tym razem zamówiona wołowina, trzeciej świeżości, niemal ucieka z talerza (coś nie mamy dziś szczęścia do posiłków). Nie ma jednak tego złego… Z przyknajpowego ogródka zostajemy zgarnięci w gościnę do Amira – sympatycznego, emerytowanego policjanta. Niech żyje prokrastynacja!

Dziwna to jest wizyta. Przede wszystkim – Amir nie mówi słowa po angielsku ani w żadnym znanym nam języku, nasz arabski natomiast kończy się na znajomości pięciu słów na krzyż. Większość czasu siedzimy więc patrząc się na siebie, gestykulując i próbując zrozumieć o co chodzi naszemu gospodarzowi, który wcale się barierą językową nie przejmuje i coś tam cały czas nawija jak nakręcony. Okazuje się też, że Amir ma ciekawe hobby – „kolekcjonuje” turystów. Tak to przynajmniej wygląda. Zaraz po dotarciu do jego domu (a właściwie do pokoju dla gości, który ma oddzielne wejście) zostajemy uraczeni stertą zdjęć i listów. Zdjęcia przedstawiają kilkuset białasów w tej samej scenerii i jednakowych pozach – u Amira przy jedzeniu, z Amirem w tradycyjnych omańskich strojach, gdzieś na szlaku w dolince itd. Wszystkie listy to podziękowania za gościnność Amira i wspaniale spędzony czas. Wiemy przynajmniej co nas czeka, no i pokrzepiamy się myślą, że nic złego nam się tu nie stanie – ktoś te listy musiał jednak wysyłać, znaczy się, ze z tej gościny da radę ujść z życiem 😉 Zastanawiamy się jeszcze, czy aby nasz gospodarz nie będzie nas chciał za gościnę “skasować”, ale stwierdzamy, że trzeba wierzyć w ludzką bezinteresowność. Poza tym tak bardzo nie chce nam się rozstawiać już dziś namiotu, że możemy nawet zapłacić, żeby przespać się pod dachem (dodajmy wygodnym).

Tego wieczoru zostajemy: poczęstowani falafelem i limonkowymi kulkami z ziemniaków (w końcu jakieś dobre jedzenie), przebrani w tradycyjne omańskie stroje i obfotografowani (wszystko zgodnie ze scenariuszem Amira, tak jak setki białasów przed nami). Mnie, dzięki Jurkowi, udaje się również dostąpić zaszczytu odwiedzenia pokoju kobiet – siedzą sobie wszyskie na dywanie przed hinduskim serialem w telewizorze, gadają, jedzą i zabawiają najmłodszą członkinię rodziny, sześciomiesięczną Ginę. Mała wygląda przy Jurku jak liliput. Za to bardzo pewnie już siedzi a nawet stoi (!) podtrzymywana tylko za jedną rączkę (czy to jest zdrowe dla kręgosłupa?), podczas gdy Jurek ledwo trzyma fason (głowę znaczy się). Zezwolenia na fotografowanie dorosłych nie było – zadowoliłam się więc fotką Jurka i Giny. Zasięgnęłam tu też trochę języka – jedna z córek Amira dukała kilka słów po angielsku. Osobą, z którą najlepiej można się było porozumieć była służąca z Bangladeszu. Dowiedziałam się, że Amir ma dziewięcioro dzieci i wszystkie wykształcił na uniwersytecie w Maskacie (dzięki uprzejmości Sułtana, który ufundował stypendia – przyp. autora). Podczas gdy ja cieszyę się rozmową, Kuba kibluje w pokoju dla gości i nudzi się jak mops. Potem Amir zabiera go na zakupy 🙂

Rankiem, po śniadaniu składającym się z pączków z syropem z daktyli oraz kawy, wybieramy się razem z Amirem do dolinki Tiwi. Tu też obowiązuje ściśle określony scenariusz – najpierw przejażdżka samochodem przez całą dolinkę i wioski w niej położone, potem spacer w jednej z wiosek i obchód falaja (to system nawadniający w omańskich górach, daleki krewny rzymskich akweduktów), wizyta w opuszczonym domu, a w każdym z tych miejsc obowiązkowa fotka z Amirem. Droga wiodąca przez wioski dnem doliny jest tak wąska, kreta i stroma, że ja po pewnym czasie kategorycznie odmawiam pokonywania jej w samochodzie. Ku ekspresyjnie okazanemu niezadowoleniu Amira  (ktoś ośmielił się przerwać jego rytuał!) zostawiamy auto i część trasy pokonujemy pieszo z wózkiem i nosidłem. Przyznaję, trochę się “wydygałam” oraz przyznaję, trochę może na wyrost, ale wyobraźnia matki pracuje na zdwojonych obrotach.

Wadi Tiwi bardzo nam się podoba. Trzeba przyznać, że Amir, przy całym swoim despotyzmie i wkurzającym sposobie bycia, jest naprawdę dobrym przewodnikiem. Do kilku ciekawych i pięknych miejsc na pewno byśmy sami nie trafili. Szczególnie bardzo podoba nam się falaj – woda jest w nim tak zmyślnie rozprowadzana, ze nawadnia wszystkie okoliczne tarasowe pola (a na nich głównie drzewa mango i palmy daktylowe). Poza tym po grzbiecie betonowego (obecnie, kiedyś – kamiennego) falaja można maszerować niczym po najlepiej przygotowanym górskim szlaku podziwiając wspaniale widoki w dolinie.

Po wizycie w Wadi Tiwi Amir zabiera nas z powrotem “na chatę” gdzie spędzamy dwie godziny przed telewizorem (taki prikaz gospodarza) w oczekiwaniu na obiad. Trochę nam się to nie uśmiecha – szkoda nam czasu na takie siedzenie i ciągnie nas już do kolejnej dolinki, ale jak mus to mus. Trzeba zrealizować amirowy scenariusz do końca. Po obiedzie (spożytym na sposób arabski: na podłodze i palcami) zostajemy wreszcie wypuszczeni na wolność. Amir inkasuje od nas jednak 5 riali (czyli ok. 40 zł) – żaden to majątek za nocleg i trzy posiłki dla dwóch osób i niemowlę oraz usługę przewodnicką. Podejrzewamy, że to żona Amira rozkazała mu brać jakieś pieniądze od goszczonych białasów, takie “polowania” na turystów muszą jednak znacznie uszczuplać budżet rodziny. Nie mamy większych pretensji, grzecznie płacimy i czym prędzej wyruszamy na podbój Wadi Shab.

Wadi Shab to śliczny wąwóz – pionowe skały koloru piasku pięknie kontrastują z turkusem wody i zielenią palm (w Omanie woda i zieleń to rzadki widok). Ta dolinka jest zupełnie różna od Tiwi. Przede wszystkim nie można ekspolorować jej autem: jest dużo węższa i niezamieszkana (chociaż jest nazywana doliną dziewięciu wiosek – myśmy żadnej wioski tam nie zobaczyli).

Aby rozpocząć zwiedzanie dolinki trzeba przeprawić się łodzią na drugą stronę rzeki, potem trasa to typowy, górski szlak, bardzo zresztą ładny. Idzie się to ścieżką wykutą w zboczu, wysoko nad dnem doliny, to znów dołem, brodząc w wodzie. Podobno ostatnią część szlaku trzeba pokonać wpław (na końcu znajdują się naturalne baseny z wodą). Nam jednak nie jest dane sprawdzenie tego – spędziliśmy u Amira zbyt wiele czasu i chęć powrotu przed zmrokiem i załapania się na ostatnią łódkę na drugi brzeg rzeki zmusza nas do odwrotu mniej więcej po przejściu trzech czwartych trasy. Trochę jesteśmy zawiedzeni, ale dolinka podoba nam się tak bardzo, że postanawiamy tu wrócić jeszcze przed wylotem z Omanu i spędzić więcej czasu kąpiąc się w basenach.

Tego wieczoru rozbijamy wreszcie po raz pierwszy nasz namiot. Udaje nam się znaleźć przepiękną miejscówkę na plaży. Nigdy bym nie pomyślała, że biwakowanie na kamienistej plaży może być tak przyjemne – kamienie są na tyle drobne i obłe, że wygodnie się na nich śpi i łatwo rozbija namiot a bonusem jest to, że żaden piach nie klei się do stóp i nie wnosi do namiotu. Jurkowi tez się podoba i bez problemu przesypia noc budząc się tylko raz na karmienie. Pierwszy biwak zaliczony na 5!

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+