U Pana Boga za piecem

By kuba • Australia, UNESCO • 1 Feb 2011

W Sydney spotykają nas same miłe rzeczy.

Po pierwsze – goszczą nas wspaniali i kochani Małgosia z Januszem, znajomi Kuby taty.  Fajnie jest tak pomieszkać przez chwilę w normalnym domu.  Śpimy w wygodnym łóżku i pachnącej pościeli, kąpiemy się pod czyściutkim prysznicem, nie wspominając już o tym, że Małgosia i Janusz są przemili i traktują nas jak własne dzieci.  Bardzo pięknie dziękujemy za wspaniałą gościnę, ciepłe przyjęcie i pomoc!

Po drugie – okazuje się, że świat jest jednak mały.  W polskim konsulacie spotykam koleżankę z Nowego Dworu (miasteczka, z którego pochodzę) – mieszka z mężem w Sydney już od trzech lat, o czym nie miałam pojęcia.  i pomaga nam bezboleśnie załatwić paszport dla Kuby (w starym nie ma już wolnych stron).  Umawiamy się też na pogaduchy i steki a przy okazji Ewelina i Michał pokazują nam swoją „sekretną” miejscówkę, z której widać wspaniałą panoramę city.  Ewelina, Michał – serdeczne dzięki za pomoc i bardzo miły wieczór!

Po trzecie – Sydney to bardzo fajne miasto.  Malowniczo położone nad wodą i na wzgórzach.  Niestety, znów braknie nam czasu, żeby zobaczyć wszystko, co byśmy chcieli.  Zaliczamy oczywiście Operę i Harbour Bridge, pływamy promem po zatoce, spacerujemy po Rocks’ach (najstarsza część miasta) i Darling Harbour, podziwiamy ogród botaniczny oraz załapujemy się na uroczystości związane że świętem Australia Day – festyn, koncert, pokaz świateł i fajerwerki.

Po czwarte – jedzonko.  Udaje nam się „upolować” steka z kangura (baardzo smaczny, jak najdelikatniejsza polędwica wołowa z delikatną nutą dziczyzny, dodatkowo – mięso kangura jest uważane za najzdrowsze, prawie nie ma tłuszczu ;).  Ale prawdziwą ucztę fundują nam Małgosia i Janusz – na powitanie jest bigos, polskie wędliny i chlebek oraz „michałki” zakupione specjalnie na nasz przyjazd.  Potem zapraszają nas jeszcze do polskiej restauracji gdzie spożywamy placki ziemniaczane, pierogi, schab że śliweczką i schabowego z mizerią – powinno wystarczyć nam tych polskich specjałów do powrotu 🙂

Nie obeszło się, niestety, bez strat – w kawiarni zostawiam moją ukochaną koszulę a moje sandały kończą swój żywot – podeszwa przeciera się i rozkleja niesklejanie.  Swoją drogą trochę jestem zawiedziona, miałam nadzieję, że sandały trekkingowe przetrwają dłużej niż 9 miesięcy…  Kuby jedyne spodnie też rozwalają się tak, że mimo tego, że udaje mi się je załatać na maszynie konieczny jest zakup nowych – ciekawe jak długo przetrwają? Ja sandały dostaję w prezencie od Małgosi – nie ma to jak się dobrze ustawić 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+