Turkmenistan – pierwszewrażenia

By kuba • Turkmenistan • 27 Jun 2010

Turkmenistan jest nazywany „Koreą Północną Azji” – ciężko tu dostać wizę, turystów mało, praktycznie nie można znaleźć informacji na temat tego kraju.  Stoimy przed wielką niewiadomą.  Na granicy ma na nas czekać ktoś (angielskojęzyczny przewodnik) z agencji, która pośredniczyła w załatwianiu naszej wizy (a właściwie wystawiła fikcyjne zaproszenie).  Oczywiście nikt się nie pojawia.  Na granicy pusto, nic tu nie jeździ, nie ma jak dostać się do miasta.  Na szczęście jesteśmy z Juliką, która wykupiła sobie pakiet „all inclusive” i jej przewodniczka jest obecna.  Zgadza się nas podrzucić do Ashgabadu.  Po drodze okazuje się, że zna naszą agencję i zawozi nas do naszego „ofisa”.  Tam dowiadujemy się, że tylko turyści na wizach tranzytowych mogą swobodnie (w miarę) poruszać się po kraju.  My, niestety, mamy wizę turystyczną i powinniśmy być „pod opieką” agencji.  Nie podoba nam się to, ale grzecznie bierzemy oferty wycieczek i obiecujemy, że zastanowimy się wieczorem nad jedną z opcji.  Nagle pojawia się Murat (jak się później okaże – nasza zmora) – przystępy Turkmen, który podobno czekał na nas na granicy i któremu „uciekliśmy” (po anielsku nie gada ni w ząb, dobrze że znam trochę ruski, więc mogę zaprotestować).  Murat odwozi nas do hotelu (50 USD za noc, czyli wydatek nie na nasz budżet, ale podobno w tańszych turyści nie mogą się zatrzymywać).  Jesteśmy już bardzo wkurzeni i czujemy się robieni w konia.  Zabiera też nasze paszporty do registrancji (sowiecki zwyczaj, przyzwyczaiłam się podczas wizyt w Rosji, więc bez obaw zostawiamy mu paszporty).  Umawiamy się, że przywiezie je nam następnego dnia o 12:00.  W hotelu spotykamy się z Kanadyjką poznaną na granicy i spędzamy razem wieczór.  W kafejce internetowej okazuje się, że jeden z 4 couchsurfingowców zarejestrowanych w Aszgabadzie zgadza się nas przygarnąć – super!.

Następnego dnia idziemy do ambasady polskiej, żeby dowiedzieć się jak to właściwie jest z podróżowaniem po Turkmenistanie.  Dowiadujemy się, że wedle prawa żadna opieka agencji nie jest nam potrzebna.  Odwiedzamy też dworzec kolejowy – bez problemu można kupić bilety do dowolnego miasta, potrzebny tylko paszport.  Chcemy się jeszcze dowiedzieć w ambasadzie chińskiej o możliwość wyrobienia wizy (pierwotny plan zakładał, że chińską wizę wyrobimy w Kirgistanie, no ale w związku z faktem, że obecnie jest tam wojna zrezygnowaliśmy z wizyty w tym kraju).  Okazuje się, że możemy dostać wizę w Aszgabadzie, ale musimy złożyć papiery tego samego dnia, inaczej się nie wyrobimy.  Jest już 11, więc dzwonimy do Murata, żeby upewnić się, że z paszportami wszystko w porządku.  Okazuje się, że nie do końca – Murat poza miastem i paszporty będą dopiero o 14.  Zwiedzamy więc dalej miasto.  O 14 dzwonimy ponownie do Murata – nie odbiera.  Wkurzamy się, bo ambasada Chin czynna jest tylko do 17:00.  Dzwonimy na skargę do agencji.  Ku naszemu zdziwieniu dowiadujemy się (przez przypadek), że nasz ofis wcale nie znajduje się w Aszgabadzie tylko pod granicą z Uzbekistanem.  W jakim więc biurze byliśmy dnia poprzedniego? Po interwencji agencji odzywa się Murat – obiecuje być za 20 min z naszymi paszportami, ma je nam podrzucić do muzeum, w którym właśnie jesteśmy.  Czekamy dwie godziny…  i nic.  Po wielu telefonach do agencji i Murata (spokojny zazwyczaj Kuba rzucał już fuckami) pojawia się nasz „opiekun” i oświadcza, że naszych paszportów nie ma – zostawił na recepcji w hotelu.  Myśmy rano się z hotelu wymeldowali, zostawiliśmy tam tylko plecaki.  Jedziemy więc do hotelu po paszporty.  Na miejscu okazuje się, że Murat miał je jednak przy sobie.  Wręczył je recepcjonistce, wyraźnie zaznaczając, że ma ich nam nie oddawać, chyba, że zgłosi się nasz przewodnik.  Zdziwiona recepcjonistka twierdzi, że jej nasze paszporty niepotrzebne, bo myśmy się rano z hotelu wymeldowali.  I zaczyna się cyrk.  Murat wykłada kawę na ławę: musimy mieć przewodnika (50 USD/dzień + pokrycie kosztów: posiłki + noclegi), musimy spać w hotelu wyznaczonym przez agencję (50 USD/dzień) i musimy mieć kierowcę, który będzie nas woził gdziekolwiek zechcemy (90 USD/dzień) a paszporty dostaniemy dopiero przy wyjeździe z kraju.  Znaczy się – jesteśmy uwiązani i pod całkowitą kontrolą, za co musimy zapłacić kasę, której nie chcemy wydawać, i której tak naprawdę nie mamy.  Umawialiśmy się z agencją tylko na załatwienie wizy(za którą zresztą zapłaciliśmy jak za zboże) – nie było mowy o dodatkowych kosztach, które w przypadku 10-dniowego pobytu są dla nas zabójcze.  Zaczęły się telefoniczne pertraktacje z agencją.  Oni nas straszyli deportacją, my ich skargą na policję i do ambasady.  Stanęło na tym, że przenieśli nas do tańszego hotelu (mamy tu najtańsze prostytutki w mieście i kolonie młodych sportowców) i obiecali załatwić tańszego przewodnika (rusko- a nie angielsko- języcznego).  Nasze paszporty mają zostać jednak w hotelu a my mamy nie ruszać się z Aszgabadu.  W sprawie przewodnika mieli się z nami skontaktować następnego dnia rano.

Nikt jednak nie zadzwonił, co nam jest bardzo na rękę.  Postanowiliśmy chrzanić agencję i paszporty (mamy ksero, gdyby ktoś koniecznie musiał nas wylegitymować).  Cały kolejny dzień spędziliśmy poza miastem – pojechaliśmy zwykłą marszrutką do podziemnego jeziora, a potem stopem, dalej na północ do Archmanu – kurortu uzdrowiskowego (tak, żeby popatrzeć, bo nasz kierowca akurat tam spędzał wakacje).  Wrażenia z wycieczki i zwiedzania Aszgabadu opiszemy później.  W każdym razie, nikt się nas nie czepiał ani nie legitymował.  Policji jest za gorąco, żeby przejmować się czymkolwiek, a już na pewno nie turystami.  Krótko podsumowując, Turkmenistan, to kraj gdzie przetrwały w niezmienionej formie zasady funkcjonowania Sajuza i to w największym nasileniu, doprowadzone do absurdu.  Zasady sobie, a ludzie sobie (jak się nie da, to łapówka zawsze pomoże).  Na przykład: od godziny 23:00 obowiązuje godzina policyjna, której nikt nie przestrzega; prawo zabrania mężczyznom przebywania w towarzystwie kobiet, które nie są ich żonami, ale wszyscy łażą tu z wszystkimi a życie nocne i dyskoteki kwitną; turyści na wizie turystycznej muszą być cały czas pod opieką przewodnika, ale my już od 3 dni łazimy samopas po Aszgabadzie i okolicach i mamy się świetnie.  Nikt również nie sprawdza czy nocujemy w hotelu czy nie, więc zamierzamy zrobić sobie kilka wycieczek poza miasto samopas.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+