Tien Szan

By kuba • Góry, Kirgistan • 5 Aug 2010

Przepiękne górki – niżej zielone alpejskie lasy i łąki, wyżej – lodowce i strome szczyty.  My mamy zamiar zrobić 5-6 dniowy trekking na wysokości ok.  4000 tys.  m., na granicy lodowca.  Zaczynamy wspinając się malowniczą doliną Arszanu – naszym celem jest maleńka wioska Altyn Arszan słynąca z uzdrawiających, gorących źródeł.  Pogoda znów płata nam figla – chmury stają się coraz bardziej gęste i zaczyna padać deszcz.  Pada prawie przez całą noc (spędzamy ją w namiocie na szlaku, na szczęście przed rozpoczęciem ulewy udaje nam się spokojnie rozbić namiot i zjeść kolację).

Ranek jest pogodny, ale po kilku godzinach marszu znów zaczyna lać.  Do wioski docieramy zmoknięci.  Decydujemy się na nocleg w schronisku Valetina, ukraińskiego przewodnika.  Leje do końca dnia, przez całą noc i następnego ranka.  Jesteśmy tu uwięzieni na dwie noce – nie ma sensu wychodzić wyżej przy takiej pogodzie.  Spędzamy czas z dwoma Francuzami (pracują w Biszkeku), gramy w szachy, czytamy, no i oczywiście zażywamy uzdrawiających kąpieli w gorących źródłach w specjalnie skonstruowanej przez Valentina wannie, znajdującej się tuż przy rzece.  Nie narzekamy.  Na szczęście w Kirgistanie nie goni nas czas – mamy zapas „wizowy”.

Kolejnego dnia ekipa Francuzów wymienia się – dwaj starsi schodzą na dół, z gór przychodzi młoda parka: Sophie i Matthias.  Nowi znajomi są bardzo sympatyczni, przyjemnie spędzamy wieczór przy wódeczce w oczekiwaniu na pieczeń że świstaka, którą obiecał nam Valentin.  Niestety, z powodu deszczu łowy nie dopisały – myśliwy, który miał upolować naszą kolację wrócił z pustymi rękami.  Kuba był bardzo niepocieszony, gdyż wiele się nasłuchał na temat walorów smakowych świstaczego mięsa.

Następny ranek NARESZCIE wita nas słońcem! Zbieramy się wcześnie i wyruszamy w drogę – nasz cel: przełęcz Ala-Kel i leżący za nią wąwóz Kurgak-Ter i Dolina Karakol.  Treking jest długi i wyczerpujący – odcinek, który planowaliśmy pokonać w jeden dzień zajmuje nam dwa! Nota bene – mapa, którą mamy jest beznadziejna – niedokładna (gubimy się trzy razy, bo trasa jest niedokładnie oznaczona, na mapie nie są zaznaczone nawet kluczowe punkty orientacyjne), a czasy przejść wzięte z sufitu (no chyba, że z nas takie cieniasy…).  Szlak jest bardzo wymagający – trudny technicznie i kondycyjnie.  Dostajemy w kość, ale widoki wszystko wynagradzają.  Przełęcz Ala-Kel jest niesamowita.  Widać z niej pięcio- i sześcio-tysięczne szczyty, dwie malownicze doliny i przepiękne, turkusowe jezioro Ala-Kel.  Obrazki jak z bajki.  W ostatnim obozie spotykamy znajoma parę Szwajcarów: Marianne i Marco (byliśmy razem na raftingu).  Ostatni odcinek trasy pokonujemy wspólnie.  Wieczorem docieramy do miasteczka Karakol gdzie Szwajcarzy zapraszają nas na nocleg do jurty.  Już straciliśmy nadzieję, że uda nam się przenocować w jurcie, a jednak się udało.  Co prawda nie jesteśmy pewni czy ten nocleg można zaliczyć jako „autentyczny” – jurta (mimo, że „prawdziwa”, to znaczy że skór i wełny a nie jakiegoś plastiku) należała do Kirgiskiego Stowarzyszenia Ekoturystycznego, stała w centrum miasteczka a gospodarzami byli Szwajcarzy.  Nie było też gotowanego barana ani herbaty z mlekiem, masłem i solą.  No cóż – lepszy rydz niż nic.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+