Szanghaj

By kuba • Chiny • 3 Sep 2010

Wielka metropolia: szklane wieżowce i XIX-wieczna architektura europejska, nowoczesne dzielnice biznesowe i zapyziałe chatki na starówce, jednym słowem kosmopolityczny mix.  Jesteśmy oczarowani tym miejscem, jedyny minus – pogoda.  Jest straszliwie gorąco, wilgotno i duszno.  Podczas naszego pobytu dodatkowo często lało i było burzowo, co trochę nam utrudniało życie.  Mieszkamy w samym centrum, w dawnej francuskiej dzielnicy u postrzelonego Niemca Marka, i jego angielskiego kumpla – Sama.  Chłopaki są mili i wyluzowani.

Zażywamy miejskich rozrywek, zwiedzamy miasto na rowerze, odwiedzamy Expo oraz pobliską „Chińską Wenecję” i nareszcie najadamy się do syta europejskim jedzeniem! Szanghaj jest nowocześniejszy od Pekinu i panuje tu zupełnie inna atmosfera.  Ulice nie są tak szerokie (to znacznie utrudnia poruszanie się na rowerze), ruch jest mniej uporządkowany, no i na każdym kroku spotykasz tu „białasa”.  Bardzo dużo expatów z całego świata – najwięcej facetów, którzy przyjeżdżają tu za pracą i po dziewczyny 🙂 Nasi znajomi: Mark, Sam i Włoch Manfred (u którego zorganizowaliśmy pizza party, gdyż jako jedyny posiadał piekarnik) wszyscy mają chińskie dziewczyny (no może poza Markiem, którego dziewczyna, Jenny wychowała się w Australii – jest jednak z pochodzenia Tajwanką).  W sklepach można kupić dosłownie wszystko, ale ku mojej rozpaczy czekolada jest kosmicznie droga (Chinczycy prawie wcale jej nie jedzą), podobnie jak ser żółty – to tutaj towar luksusowy.  Oczywiście mozarella, którą kupiliśmy do pizzy nie przypadła do gustu Manfredowi (on, jak zresztą większość Włochów mieszkających za granicą, sprowadza sobie oryginalne jedzenie z ojczyzny).  Kręcił nosem na składniki, które kupiliśmy (ja też nie byłam do końca przekonana np.  do dziwnych drożdży instant), ale efekt końcowy był zadowalający.  Manfred stwierdził nawet, że pizza smakowała „jak w domu” 🙂 i zamroził sobie resztkę surowego ciasta pizzowego na przyszłość 🙂

W Szanghaju odwiedziliśmy słynny Bund – europejską dzielnicę pełną „zachodniowyglądających” kamienic i knajpek oraz Pudong – najnowocześniejszą dzielnicę biznesową pełną szklanych „dziwolągów’ do nieba (tak, tak – to tu znajduje się słynny „budynek z dziurką” i „wieża z kulkami”).  Na zakończenie naszego pobytu zostaliśmy zaproszeni do Jenny na prawdziwie cihińską ceremonię parzenia herbaty.  Bardzo przyjemny rytuał – herbatkę (która jest przepyszna) pije się przez trzy godziny (lub dłużej).  Okazuje się, że nie mieliśmy pojęcia o herbacie ani o jej piciu.  Przy przyżądzaniu napoju znaczenie ma wszystko – woda, dzbanuszek, sposób nalewania wody i wsypywania herbaty.  Newet nie przypuszczaliśmy, że wykład o piciu herbaty może być taki ciekawy.  Jenny naprawdę się tym interesuje, dużo wie i w fajny sposób potrafi tę wiedzę przekazać.  Myśli nawet o tym, aby zająć się parzeniem herbaty zawodowo.  A my uważamy, że to świetny pomysł – sami chętnie zapłacilibyśmy za taki kurs i pokaz i jesteśmy przekonani, że wielu turystów tez się skusi.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+