Sur realistyczny dzień

By kuba • Na stópkach, Oman • 19 Mar 2013

Po przyjemnym biwaku na “oblakach” wyruszamy w dalszą drogę na południe. Naszym celem jest Sur. Po drodze chcemy jeszcze odwiedzić dwie zabytkowe wioski, jedną ze wspaniałym (podobno) spichlerzem. Zabytkowe wioski okazują się być wiochami zabitymi dechami z trzema chałupami na krzyż. Nie ma w nich nic ciekawego, a i spichlerza też nie uświadczyliśmy. Trochę rozczarowani bezowocnymi poszukiwaniami spożywamy w upale przy krawężniku dosyć podłe śniadanie zakupione w jedynym coffee shopie w wiosce i udajemy się do Suru.

Sur to jedno z większych miast Omanu, baza wypadowa do rezerwatu żółwi i kilku ładnych dolinek. Omańczycy twierdzą, że to stąd właśnie (a nie z Bagdadu) pochodził Sindbad Żeglarz. Miasto nie jest ani ładne, ani ciekawe. Chociaż nie można mu odmówić przepięknego położenia – wciśnięte w zatoce między ocean a góry potrafi zachwycić widokiem, zwłaszcza o zachodzie słońca.

Tego dnia nie możemy zaliczyć do owocnych (jeśli nie liczyć przepysznych wafli, które zdobywam w jednym ze sklepów – będą nam już towarzyszyć do końca podróży 🙂 Czas przecieka nam przez palce, trochę się włóczymy po mieście (głównie po promenadzie), robimy zakupy, gubimy kilka stron z przewodnika i tracimy mnóstwo czasu na poszukiwanie czynnej kafejki internetowej. Między 13 a 16 wszyscy Omańczycy odpoczywają w domach (śpią lub jedzą obiad). Zamykane są wszystkie sklepy, banki, urzędy i knajpy (kafejki internetowe też). Rozumiemy, że latem, przy temperaturach przewyższających 50 stopni nie da się pracować w środku dnia. Ale dla turysty takie sjesty są uciążliwe. Po ponad półgodzinnym jeżdżeniu po mieście udaje nam się jednak znaleźć otwartą kafejkę (prowadzoną, oczywiście, przez Hindusa). Pilnie potrzebujemy internetu, żeby załatwić sobie couchsurfingowych hostów na dalszą część podróży.

Koniec końców budzimy się z ręką w nocniku – na dworze jest już ciemno a my nie mamy nawet bladego pomysłu na miejsce biwakowe. Wyjeżdżamy z miasta o mały włos nie demolując auta na speed bumpach, które lubią pojawiać się w najmniej oczekiwanych i nieoznaczonych miejscach. Wszędzie ciemno (księżyc akurat w nowiu), nic nie widać z drogi, dookoła nieprzyjazne, suche i kamieniste góry. Wreszcie zdesperowani postanawiamy rozstawić namiot tuż przy drodze w pierwszym miejscu, w którym udaje nam się zjechać na pobocze. Chwilę zajmuje nam oczyszczenie terenu z kamieni. Ostateczny efekt nie jest zły – trafia nam się całkiem spokojny biwak.

Warto wspomnieć, że tego dnia udaje nam się jeszcze załapać na pyszny obiad w knajpie u Hindusa. W Omanie większość knajp prowadzona jest przez Hindusów, pozostałe to te serwujące podobną kuchnię: pakistańską, ze Sri Lanki, sporo jest też typowo bliskowschodnich specjałów serwowanych przez Turków i Syryjczyków. Jednym słowem raj dla podniebienia! Co ciekawe, miejscowe kobiety (nawet te, które towarzyszą swoim mężom, ojcom i braciom) spożywają posiłki wyłącznie w tak zwanych “family room’ach”, czyli specjalnie wyznaczonych miejscach (najczęściej są to boksy z zamykanymi drzwiami lub zasłonięte kotarami). Knajpy mają też specjalne wejścia i toalety dla kobiet. Te restrykcyjne zasady nie obowiązują białasek, zwłaszcza w towarzystwie mężczyzny. Jednakże zdarzyło się raz w trakcie spożywania śniadania, kiedy Kuba oddalił się na kilka minut a ja zostałam sama przy stoliku w kawiarnianym ogródku, że kelner podszedł i uprzejmie poprosił mnie, żebym jednak schowała się do family room’a. Innym rozwiązaniem dla rodzin i kobiet jest bardzo rozwinięta w Omanie formuła “drive through”. Pod knajpę podjeżdżają SUV’y głośno oznajmiając swoje przybycie klaksonem, kelnerzy zbierają zamówienia i przynoszą jedzenie do auta. Nie trzeba fatygować czterech liter, kombinować z kotarami w family roomach i, co nie jest bez znaczenia zwłaszcza latem, można cały czas siedzieć w klimatyzacji (większość knajp tutaj oferuje jedynie zardzewiałe wentylatory, które my lubimy i wolimy niż klimatyzację).

Tags:

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+