Stopowanie do Ala Daglar

By kuba • Turcja • 30 Apr 2010

Wyspani, wykąpani w gorącej wodzie, a co za tym idzie – zadowoleni powitaliśmy kolejny dzień.  Po nocy przespanej w czystymi ciepłym łóżeczku ja wreszcie ostatecznie pozbyłam się przeziębienia.  Za to Kuba zachorował na dobre.  Mimo to postanowiliśmy przedostać się jednak w góry Ala – to jedyne 130 km.  Jazda stopem w Turcji to prawdziwa frajda! Zatrzymują się wszyscy – jeśli nie mogą zabrać, przyjaźnie machają i pozdrawiają.  Dzisiejszy odcinek pokonywaliśmy co prawda w pięciu etapach, ale była to wspaniała przygoda.  Jechaliśmy najpierw z trójką młodych chłopaków, potem z właścicielami eleganckiego hoteliku, którzy jechali odebrać swoich gości z lotniska.  Następnie zgarnęło nas dwóch tirowców, którzy rozwozili meble po okolicy.  Od nich na pamiątkę dostaliśmy mapy Turcji i Europy (to chyba dlatego, że mieliśmy że sobą wydrukowaną z internetu googlową mapkę naszej trasy, która mizernie się prezentowała – tak na marginesie, to świetny pomysł, można dokładnie pokazać gdzie się chce jechać i bariera językowa niestraszna) oraz lornetkę (koniecznie chcieli nas czymś obdarować , a nic innego nie mieli pod ręką).  Kolejne kilka kilometrów pokonaliśmy siedząc na błotnikach małego, niebieskiego traktorka, kurczowo trzymając się wystających pałąków i dźwigając nasze plecory na plecach.  Nie wiem kto miał większy ubaw – my, kierowca, czy mijające nas auta, które trąbiły z zadowoleniem (może nawet z uznaniem) na nasz widok.  Ostatni odcinek podwiozła nas żandarmeria – chyba trafiliśmy na niezłego „szychę” z obstawą z karabinami.  Suma suma-rum – 130 km pokonaliśmy w 3 godziny i nigdy nie czekaliśmy na kolejnego stopa dłużej niż 10 min.  Żandarmi odstawili nas do schroniska i załatwili nocleg.  Razem z nami mieszka cała banda zapaśników – kadra narodowa Turcji, która jest tu (tu, czyli w Demirkazik – wiosce położonej u stóp najwyższej góry pasma Ala Daglar) na zgrupowaniu.  Właśnie zostaliśmy poczęstowani ichnim podwieczorkiem – mleko z bananem (brakuje jeszcze bułki i byłaby dieta Małysza).  Obawiam się, że będziemy musieli drastycznie zweryfikować nasze plany zdobycia Demirkazik, bo, po pierwsze primo, Kuba ledwo zipie i jego choróbsko się rozwija, po drugie primo, góry są naprawdę potężne i groźne – panują warunki zimowe, śnieg leży nawet w niższych partiach (a my nie mamy żadnego sprzętu, w tym raków) no i pogoda raczej do dupy.  Od tutejszych usłyszeliśmy, że „very snow and very danger”.  Miejmy nadzieje, że Kuba jutro poczuje się lepiej i będziemy mogli wybrać się na mały trekking w okolicy, która jest naprawdę piękna.  Musimy się jeszcze pochwalić naszym talentem kulinarnym.  Nie zabraliśmy że sobą oczywiście żadnych zapasów jedzenia, a na miejscu okazało się, że „na wiosce” jest tylko jeden sklep i to bardzo mizernie zaopatrzony.  Udało nam się nabyć makaron, jajka, margarynę i jakiegoś tutejszego wołowego serdelka.  Marzyliśmy jeszcze o odrobinie czosnku lub chociażby cebulce, ale w całej wsi żadnych warzyw niet.  Z tego, co udało się zdobyć przyrządziliśmy całkiem pyszne danie (serdelek okazał się być baaardzo pikantny i uratował naszą potrawę).  Popołudnie spędziliśmy leniwie – wylegując się w łóżeczku, drzemiąc i oglądając jeden z przezornie zabranych filmów 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+