Stopem w Jordanii

By kuba • Jordania • 13 May 2010

Z początku mieliśmy dużo szczęścia – zabrał nas pewien Kapitan Armii Jordańskiej, który podrzucił nas jakieś 100 km.  Do tego czasu zrobiło się południe – postanowiliśmy więc ,naszym zwyczajem, przeczekać największy upał gdzieś pod daszkiem.  Długo nie usiedzieliśmy, bo zbiegła się cała chmara lokalsów, którzy chcieli się poznakomić.  Skończyło się wizytą i obiadem w domu jednego z nich.  Zaprzyjaźniliśmy się z połową wioski, obejrzeliśmy wszystkie niemowlęta w rodzinie, brzuchy pękały nam od przesłodkiej kawy i herbaty – najwyższy czas ruszać w dalszą drogę -<span> </span> przejechaliśmy kilka kilometrów na pace pick-p’a (zawsze chcieliśmy to zrobić!).  Szliśmy dalej drogą w oczekiwaniu na kolejny samochód, ale nie uszliśmy nawet 500 m jak zaczepił nas młody Amerykanin – wolontariusz Korpusu Pokoju, mieszkający w Jordanii od pół roku.  I znów wylądowaliśmy na herbatce.  Po godzinie ruszyliśmy dalej.  Trafiło nam się kilka okazji – podwózki po 5-10 km.  Okazało się, że miejscowi tak bardzo chcieli nam pomóc, że zabierali nas nawet…  jeśli jechali w inna stronę, niż my chcieliśmy się dostać…  W ten sposób znaleźliśmy się „niewiadomogdzie”, z dala od głównej drogi do Petry.  Byliśmy jakieś 30 km od celu, ale naprawdę na bocznej drodze.  Auta jeździły z częstotliwością 1 na pół godziny.  Na szczęście prawie każdy się zatrzymywał.  Po długim, dłuuuugim czasie i dwóch kolejnych herbatkach u lokalsów oraz wizycie na placu zabaw z jednym z nich i szóstką jego dzieci (jechaliśmy taką gromadą zwykłą osobówką) dotarliśmy wreszcie na miejsce.  Uff

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+