Sohar

By kuba • Na stópkach, Oman • 17 May 2013

Sohar to jedno z większych miast Omanu, ale szczerze mówiąc – niezbyt ciekawe. Nie ma tu nic nadzwyczajnego (no chyba, że “concrete Wadi” czyli główna ulica miasta, której wątpliwą atrakcją jest coś w stylu betonowego rowu melioracyjnego) i nawet souk jakiś taki niewyględny (na tyle niewyględny, że szukaliśmy go z uporem już na nim będąc – ciężko się było zorientować). Ponadto można zwiedzić fort (nuuda, jest w każdej zabitej dechami omańskiej wiosce), promenadę (corniche), park miejski oraz najlepszy w mieście hotel (to akurat była fajne – mieli dobrą kawę i daktyle, ładny żyrandol w lobby i przyjemny ogród). Niebawem do tej listy dołączy targ rybny (obecnie w budowie). Mimo niezbyt imponujących atrakcji turystycznych pobyt w Sohar zaliczamy do udanych ze względu na całe mnóstwo miłych rzeczy, które nas tu spotkały.

Po pierwsze – wspaniałe doświadczenie couchsurfingowe. Po naszym głośnym i wytytłanym w brudnym piachu biwaku na Sawadi beach trafiliśmy do Amerykanki Cathy i jej uroczego (ogromnego i czystego) domu nad oceanem., gdzie mieliśmy do dyspozycji prawdziwy apartament z łazienką i oddzielnym wejściem. Cathy w Omanie jest nauczycielką na uniwerku (jak większość ekspatów tutaj), ale w Stanach pracowała jako opowiadacz (no bo jak przetłumaczyć inaczej “story teller”?). Cathy nawet najbardziej banalną historyjkę potrafi opowiedzieć w takzajmujący i zabawny sposób, że wszyscy słuchają z zapartym tchem i co chwilę wybuchają śmiechem. Dzięki couchsurfingowi w Sohar poznaliśmy też sympatyczną Polkę – Agatę,która mieszka tu od kilku lat z mężem Marokańczykiem. Spędziliśmy wspólnie miły wieczór przy herbacie i delicjach 🙂

Po drugie – jedzenie. Trafiliśmy na kolację w fajnej, irańskiej knajpce. Na nasze nieszczęście tego dnia w ofercie był bufet “all you can eat” i obżarliśmy się pysznościami do granic możliwości. Mnie przez cały wieczór bolał brzuch z przejedzenia. Właściwie to zastanawiam się, czy zaliczyć to doświadczenie do przyjemnych 😉

Po trzecie – wycieczki. Cathy zabrała nas na objazd po mieście – widzieliśmy pastwisko wielbłądów (akurat były słodkie, malutkie wielbłądziątka), uniwersytet (dostałam w prezencie od jednego ze strażników tradycyjną, omańską chustę, która mężczyźni noszą na głowach), były też pyszne kanapki w picie i lody z McDonalds .

Następnego dnia, już sami, wybraliśmy się pod granicę z Emiratami do ulubionego miejsca wypadowego Agaty – oazy Khutwa, z pięknymi sadami palmowymi i malowniczym, wąskim i głębokim kanionem, do którego się zagląda od góry.

Trzy dni w Sohar i w “luksusach” pozwoliły nam naładować akumulatory na dalszą część tułaczki po Omanie.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+