Routeborn Track

By kuba • Góry, Nowa Zelandia • 11 Mar 2011

Będąc w Nowej Zelandii trzeba zrobić przynajmniej jeden z Great Walków – najpiękniejszych tras w kraju.  Nasz wybór padł na Routeborn Track – trzydniowy trekking przez alpejskie szczyty fiordów.  To podobno najbardziej widowiskowy great walk, dosyć mocno eksponowany.  Prognoza pogody na najbliższe trzy dni: pochmurno i przelotny deszcz, deszcz, ulewny deszcz.  Nie bardzo mamy jednak czas czekać, poza tym ilość osób na szlaku jest limitowana, trzeba robić rezerwacje że sporym wyprzedzeniem i akurat są dwa wolne miejsca na najbliższe dni, potem przez ponad tydzień wszystko zabukowane.

Wyruszamy więc w nieprzyjemnej mżawce.  Dzień pierwszy to marsz przez busz – nieziemsko zielony od tej mokrości.  Idzie się nam przyjemnie.  Najbardziej podobają nam się niesamowite drzewa porośnięte mchem.  Mech porasta tu z resztą wszystko – każdy pieniek, kamol i gałązkę.  Cały las wygląda jak obity aksamitem.  Biwak jest tuż nad brzegiem jeziora.  Woda w nim lodowata, my mimo wszystko wskakujemy na chwilę – bardzo przyjemne orzeźwienie, a przecież i tak cali jesteśmy mokrzy.  Nasz nowy namiot coraz bardziej nam się podoba – ma zewnętrzne maszty i podwieszaną sypialnię.  Znaczy to, że można go rozbić nawet w największej ulewie i mieć suchą sypialnię.  Poza tym nawet przy ulewnym deszczu przez całą noc nasz domek nie przecieka.  Trafiony zakup!

Dzień drugi zaczynamy w strugach deszczu.  Podobno prognozy pogody w NZ nie są dokładne, a nasza proszę – sprawdza się w 100%.  Poza tym ludzie narzekają na zmienną pogodę, a my trafiliśmy na niezwykle stabilną – cały czas deszcz 🙂 Tego dnia szlak wspina się na siodło Harris’a (najwyższy punkt na szlaku) i wiedzie eksponowanymi zboczami.  Widoki mają zapierać dech w piersiach – widać okoliczne szczyty, jeziora w dolinach i ocean.  To znaczy – widać jeśli jest dobra pogoda.  My widzimy tylko 10 m ścieżki przed nami i mleko…  Leje coraz bardziej i bardziej.  I wcale się przyjemnie nie idzie – mokro, ślisko i zimno, bleee.  Na szczęście po drugiej stronie siodła zupełnie inny świat.  Nie myślcie sobie, że słońce, to by było za pięknie.Ale przestaje padać i widać kawałek doliny przed nami.  Udaje nam się dotrzeć na kemping i rozbić namiot zanim zaczyna znowu lać.  Niestety rozbijamy się zbyt blisko rzeki.  W nocy leje tak bardzo, że poziom rzeki podnosi się o ponad pół metra, grozi nam zalanie i podmycie brzegu.  Ja oczywiście nie mogę spać i martwię się przez pół nocy i już chcę przenieść się że śpiworem pod wiatę do gotowania, ale okazuje się, że lało tak bardzo, że cała wiata przeciekła (a nasz namiocik nie 🙂 Jakoś doczekujemy do rana.  Spożywamy deszczowe śniadanie i nawiązujemy owocną znajomość z parą Argentyńczyków i towarzyszącym im Kanadyjczykiem.  Nowi znajomi planowali zrobienie treka w przeciwnym kierunku, ale pogoda jest tak paskudna, że rezygnują.  Właściwie to przebywanie w wyższych partiach szlaku jest teraz niebezpieczne, tyle wody leje się z nieba.  Nasi nowi znajomi mają samochód i zabiorą nas do cywilizacji.  Świetnie, bo łapanie stopa przy tej pogodzie i w naszym stanie przemoczenia i zabrudzenia nie byłoby zbyt skuteczne.

Szybciutko pokonujemy ostatni etap szlaku i bez problemów docieramy do Queenstown na zasłużony wypoczynek.  Ku naszej uciesze pogoda w dolinie rewelacyjna – sucho i słonecznie.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+