Fajny dzień

By kuba • Na stópkach, Oman • 31 Mar 2013

Jurek budzi nas codziennie jeszcze zanim na dobre wzejdzie słońce (czyli koło 7:00, nie tak źle :). Jest najlepszym mobilizatorem, żeby wcześnie wstać (a to dobrze, bo dni są tutaj krótkie, zmrok zapada już koło 18:30). Udaje nam się zwinąć obóz zanim jeszcze w namiocie zrobi się upał nie do wytrzymania. Tego ranka nasz namiocik “zaparkowany” tuż przy szosie odwiedza starsze małżeństwo – zapraszają do siebie w gościnę i na prysznic, ale grzecznie odmawiamy. Mamy już swój napięty grafik. Czeka nas długa jazda – chcemy dotrzeć kilkaset kilometrów na południe, na wyspę Masirah.

Najpierw jednak najważniejsze – śniadanko i tankowanie auta (podobno po drodze jest tylko jedna stacja benzynowa, nie chcemy ryzykować, że będzie nieczynna). Wracamy więc do Suru i załatwiamy co trzeba (na śniadanko humus z falafelami, frytkami i ogórkiem). Po drodze zamierzamy zrobić kilka przystanków.
Pierwszy w Raz al Jinz, na plaży, kilka kilometrów od rezerwatu, w którym żółwie składają jaja. Oczywiście żadnego żółwia nie spodziewamy się spotkać za dnia, ale plaża jest piękna i warta zobaczenia: biały piaseczek i turkusowa woda a na dokładkę dużo śmiesznych krabów. Jurek moczy stópki w ciepławym oceanie i jest prze-szczęśliwy.

Korzystając z okazji odwiedzamy jeszcze visitors’ center w rezerwacie żółwi i rezerwujemy miejsca na oglądanie tych stworów morskich. Mamy, co prawda, w planach samodzielną wyprawę poszukiwawczą, ale to ma być taki back up plan na wypadek gdyby nie udało nam się żadnego żółwia samodzielnie napotkać (w rezerwacie wprowadzono ograniczenie, że każdej nocy .jedynie 100 osób może oglądać żółwie. Z jednej strony taka reglamentacja ma chronić „prywatność” żółwi. Z drugiej – omańskie wybrzeże ma kilka tysięcy kilometrów i żółwie nie składają jaj wyłącznie na kilkukilometrowym odcinku rezerwatu odwiedzanym przez tabuny turystów. Zdecydowanie wolą inne miejsca, gdzie każdy kto chce może sobie je oglądać do woli kiedy chce).

Ostatni etap drogi tego dnia wiedzie przez pustynię. To już tutaj zaczynają się słynne Wahiba Sands – wspaniałe wydmy. Ta spora pustynia jest rajem dla miłośników off-roadu. My z Jurkiem za bardzo poszaleć nie możemy (zwłaszcza, ze nie mamy szans na towarzystwo, a taka wyprawa na pustynię bez przynajmniej drugiego samochodu, który mógłby poratować w tarapatach, jest głupotą. Dlatego, żeby nas nie kusiło, jeździmy 2WD – Focusem (no i jeszcze może z powodów finansowych:). Za to droga, którą wybraliśmy wiedzie przez wydmy i jest namiastką podróży przez pustynię gwarantując jednocześnie bezpieczną nawierzchnię asfaltową (bezpieczną nie licząc spowalniaczy, które na omańskich drogach pojawiają się notorycznie, nawet w miejscach z ograniczeniem do 100 km/h – kilka razy mieliśmy ostre hamowanie i kilka razy przydzwoniliśmy podwoziem we wrednego speed bumpa, te omańskie są wyjątkowo słabo wyprofilowane). Droga przez pustynię była przepiękna a wydmy bardzo malownicze, Cieszyliśmy się jednak, że mogliśmy oglądać te wspaniałości zza szyby klimatyzowanego samochodu, bo ta okolica była wyjątkowo nieprzyjazna dla człowieka i każdego innego żyjątka. Trzeba jednak przyznać, że pustynia schodząca do oceanu to piękny widok.

Po drodze zatrzymaliśmy się w małej wiosce rybackiej na, jak się okazało, jeden z lepszych obiadów tej wyprawy – grillowany king fish (czyli najprawdopodobniej makrela) podana na sposób jemeński (bo i knajpa prowadzona przez Jemeńczyków). Na sposób jemeński, to znaczy z aromatycznym ryżem szafranowo-cynamonowym oraz z sosem ze świeżych  zblendowanych warzyw. Wszystko z jednego talerza i jedzone łapą, jak na lokalsową knajpę przystało. Pycha!

Tags: ,

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+