Promowanie i Cuyo

By kuba • Filipiny • 10 Nov 2010

Wszystko co dobre, szybko się kończy.  Nasze wakacje na Boracay’u też.  Kolejny etap podróży – 37 godzin promem do Puerto Princessa.  37 godzin – z małym oszustwem, bo w trakcie mamy zatrzymać się na 6h na wyspie Cuyo.  Ale po kolei.  Nasz prom marki Milagrosa byłby wspaniałym obiektem w muzeum marynistycznym.  Nie dane mu jednak przejść na emeryturę.  Ja się cały czas zastanawiam jak „toto” w ogóle utrzymuje się na wodzie? Toż to kupa żelastwa wymalowana odpadającą (razem z rdzą) farbą.  Na pokładzie (a właściwie na trzech pokładach) kilkaset osób, jakieś paczki, tricykle, jeep, setki butelek Sprite’a, kogut (żeby zapodawać pobudkę o 5 rano, to nie żart) i koza (nie wiem po co, nie wnikałam…)

Na promie jesteśmy burżujami – nie płyniemy w klasie ekonomicznej.  Wykupiliśmy bilety (studenckie, a jakże) w klasie „De Luxe” – w wolnym tłumaczeniu: w luksusie kategorii „D”.  Metalowe łóżka, materace z granatowej dermy pocięte nożem – prawie jak w poprawczaku, trochę jak na wycieczce szkolnej.  No i ten upal…  W nocy moż jeszcze wytrzymać i nawet ma się ochotę czymś przykryć.  Za dnia, jak praży słońce, jest naprawdę gorąco, mimo, że nie ma okien i teoretycznie jest przewiew.  Powietrze stoi, człowiek jest calutki mokry i chce mu się tylko jak najszybciej zejść z tego cholernego promu.  Na szczęście towarzystwo mamy miłe.  Poznajemy przesympatycznego, starszego pana – Jessię’go.  Trzydzieści lat mieszkał w Stanach, dorobił się, a porem wrócił na emeryturę do ojczyzny i kupił sobie dwa domy na wyspie Cuyo.  Podczas przystanku na wyspie Jessię zaprosił nas do siebie, nakarmił (na śniadanie ciepłe pączki i kawa, na obiadek świeżutka ryba i sałatka z awokado), obwiózł po wyspie, pokazał odległe plaże i swoje „ranczo”, przedstawił rodzinie.  Po raz kolejny nie możemy się nadziwić jak otwarci, przyjaźni, gościnni a przede wszystkim – bezinteresowni są poznani przypadkowo ludzie.  Dla takich momentów warto podróżować.  Po części oficjalnej mieliśmy jeszcze „czas wolny” na samodzielne zwiedzanie wyspy.  Obejrzeliśmy kościół i jeszcze jedną plażę.  Kuba znalazł spory pancerz mątwy – nadałby się świetnie na półmisek, ale niestety – był zbyt duży i ciężki, żeby go przez pół roku wozić w plecaku 🙂 Cuyo bardzo nam się podobało – mała, cicha wysepka.  Idealna na spokojne wakacje.  Sześć godzin minęło nie wiadomo kiedy i wróciliśmy na prom obdarowani przez żonę Jessię’go prowiantem w postaci awokado.

Przez pół roku udawało nam się uniknąć większych strat w wyposażeniu.  Za to teraz, w ciągu zaledwie kilku tygodni nadrobiliśmy zaległości w gubieniu i psuciu rzeczy z nawiązką.  Nasz bilans strat: sznurek do suszenia prania (nie taki zwykły, ale specjalny, „trekkingowy” – lekki i z doczepionymi maleńkimi spinaczami), dwie czapeczki z daszkiem, moje ukochane okulary słoneczne, majty od kostiumu kąpielowego zostawione w autobusie (długa historia) i nowiuśki (no, prawie) sandał Kuby, który wypadł przez okno (sandał, nie Kuba).  Przez okno na promie…

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+