Pod płotem u Sułtana

By kuba • Brunei • 6 Dec 2010

Brunei nam się podoba, bo:

  • Jest ładne
  • Jest czyste
  • Mieszkańcy są mili, pomocni, bezinteresowni i nie tak zepsuci przez turystów jak mieszkań malezyjskiej części Borneo
  • Miało być drogo a jest tanio

Oczywiście ceny są tu wyższe niż w Malezji, ale przynajmniej turysta indywidualny nie jest gnębiony i ma do wyboru wiele opcji.

Udajemy się od razu do Bandar Seri Begawan – najdłuższa nazwa stolicy najmniejszego odwiedzonego przez nas do tej pory kraju (trudno wymówić, jeszcze trudniej zapamiętać, ale można się przyzwyczaić 😉 Autobus z portu do miasta nam ucieka sprzed nosa (następny za 4 h, jak przyjedzie następny prom), ale sympatyczny Brunejczyk podwozi nas te 70 km do miasta i wysadza pod samiutkim hostelem.  W Brunei dominują drogie hotele, ale jeśli, plecakowcu, chcesz tani hostel, to masz – jeden w całym państwie, ale jest (przyklejony do centrum sportu i rekreacji, służy głównie jako baza noclegowa dla wycieczek szkolnych i dla dzieciaków podczas zawodów sportowych).  Pokoje czyściutkie, w każdym klimatyzacja, bonus w postaci możliwości korzystania z fajnego basenu.  Żeby nie było zbyt pięknie daje o sobie znać pech:

  1. W basenie kąpać się nie można – wszyscy brunejscy ratownicy „obstawiają’ jakieś zawody na morzu – w związku z tym wszystkie brunejskie baseny nieczynne.
  2. Największy i najpiękniejszy meczet w kraju Jame’Asr Hassanil Bolkiah zamknięty dla niewiernych turystów, bo zbliża się jakieś święto i trzeba go ustroić.  Meczet jest naprawdę piękny i robi niesamowite wrażenie.  Ja widziałam tylko z zewnątrz (kobiety muszą się ubrać w czador, który można wypożyczyć na miejscu, ale jak meczet nieczynny, to się czadory nie wypożyczają), ale Kubie udało się przemknąć chyłkiem do środka i cyknąć kilka fotek – popatrzcie sobie.
  3. Pałacu Sułtana zwiedzać nie można.  To akurat wiedzieliśmy – Sułtan otwiera drzwi dla plebsu tylko 3 dni w roku (we wrześniu, zdaje się), ale mieliśmy nadzieję przynajmniej zobaczyć to cacko z zewnątrz.  Podobno można – ale my nie wyśledziliśmy jak.  Wkoło policja – pilnują, żeby nikt się nie przemknął.  Jest podobno na tyłach pałacu jakiś park ogólnodostępny, ale nikt nie wiedział gdzie.  Można też popłynąć łódką, ale my już nie mamy czasu i nie jesteśmy do końca pewni, czy to prawda.  W piekielnym upale oglądamy więc płot Sułtana Brunei i na tym się kończy.

Odwiedziliśmy za to pływającą wioskę – widoki jakich byście się w Brunei nie spodziewali (no my się przynajmniej nie spodziewaliśmy) – wszystko na zdjęciach.

I trzeba jeszcze raz wspomnieć o przesympatycznych Brunejczykach – wszyscy życzliwi i uśmiechnięci.  W Brunejskich slumsach przechodził koło nas młody chłopach z rozkręconym na cały regulator boom boxem (a może była to po prostu komórka, w każdym razie – dyskoteka na kółkach).  Gdy nas zobaczył, ściszył muzykę, uśmiechnął się i powiedział „welcome to Brunei!”, a potem rozkręcił na powrót muzykę i poszedł sobie.  W „dobrej” dzielnicy, za to, gdy błądziliśmy po autostradzie w poszukiwaniu meczetu, młody chłopak zatrzymał auto i podwiózł nas dokąd chcieliśmy, bo „przecież niedługo zacznie padać i nie można tak w deszczu, po ciemku chodzić ulicami” – miłe, prawda?

Tags:

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+