Pociągi

By kuba • Tajlandia • 10 Dec 2010

Zaczynamy maraton – najpierw samolotem z Brunei do Kuala Lumpur, potem pociągiem do Tajlandii.  Będziemy mieć miesiąc na cztery kraje – Tajlandię, Kambodżę, Laos i Wietnam.  To za mało, żeby je porządnie zobaczyć – raczej przez nie tylko przejedziemy robiąc przystanki w kilku miejscach.  Może zupełnie zrezygnujemy tym razem z Laosu? Się zobaczy.

Najpierw jedziemy malezyjskim, nocnym pociągiem z KL do Tajlandii, dokładnie do oddalonego ok 80 km od granicy Hat Yai.  Malezyjski pociąg jest rewelacyjny – czyściutki, klimatyzacja, wygodne łóżka, każde ma własną zasłonkę, obowiązuje zakaz palenia.  Podróż takim pociągiem to prawdziwy wypoczynek.  Żeby nie było nam za dobrze – perypetie na ranicy muszą być.  Wizę tajską dostaje się za darmo na granicy.  Ale najwyraźniej nie na TEJ granicy (jest to co prawda główna trasa łącząca Singapur, Kuala Lumpur i Bangkok, ale kto by się tam turystami przejmował).  Wizę możemy dostać na granicy obok, jedyne 60 km, transportu publicznego oczywiście nie ma.  Nie jesteśmy jedynymi nieszczęśnikami – Magda i Karol, których spotykamy przy okienku u celników również dzielą ten sam los.  Musimy wszyscy opuścić pociąg i pojechać na drugie przejście.  Dobrze, że jest nas czwórka – przynajmniej taksówka wyszła tanio 🙂 Na kolejnej granicy załatwiamy wszystkie formalności już bez problemu i szybko docieramy do Hat Yai.  Tam jemy jeszcze wspólnie obiad i żegnamy się z naszymi towarzyszami, którzy łapią kolejny pociąg – chcą się jak najszybciej dostać na wyspę Ko Tao.  My natomiast zaszywamy się na kolejne dwa dni w hotelu w Hat Yai (trzeba przyznać – w przyzwoitym hotelu 🙂 Tajlandia wita nas deszczem i pada non stop przez kolejne 3 dni (a podobno to pora sucha?)

Po naładowaniu akumulatorów w Hat Yai ruszamy w dalszą drogę pociągiem.  Tym razem tajskim, nocnym, bilety były już tylko w trzeciej klasie (twarde siedzenia).  Podróż miała trwać 11 godzin, ale na dzień dobry pociąg spóźnił się godzinę a po drodze „nadrobił” jeszcze kolejne dwie (Magda z Karolem mieli podobne doświadczenia, chyba to jest taki tajski standard).  Mamy jednak szczęście, bo w dosyć zatłoczonym wagonie akurat nam się trafiły cztery wolne miejsca obok siebie – przynajmniej mieliśmy trochę miejsca, żeby pospać.  Nasz cel – nadmorskie miasteczko Prachaup Khiri Khan (ech te tajskie nazwy są nie do wymówienia).

Prachaup nam się bardzo podoba – niewielu turystów, ładna plaża, świątynia do zwiedzania i wreszcie przestało padać!.Wdrapujemy się na górę, gdzie mieści się nieciekawa świątynia, za to widok na okolicę jest zabójczy – szkoda tylko, że tego dnia widoczność nie dopisała.  Dopisał za to makaki, które zamieszkują wzgórze i okolicę.  Są ich setki, ale to wcale nie jest miłe.  Małpy są bardzo natarczywe i uporczywie domagają się poczęstunku.  Poza tym załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne na schodach prowadzących do świątyni – spacer w upale nie należy do najprzyjemniejszych.  Po męczącym zwiedzaniu odpoczywamy przy kawie i naszym nowym odkryciu – ciasteczkach, które smakują trochę jak pieczony budyń.  Są smaczne i występują w dwóch odmianach: z kukurydzą i szczypiorkiem (ale jak się miło uśmiechnąć do Pana Kucharza, to nie dołoży szczypiorku 😉 W Prachaup spędzamy relaksujące pół dnia i późnym popołudniem ruszamy dalej – do Kanchanaburi.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+