Pechowy dzień

By kuba • Iran • 16 Jun 2010

Zaczęło się już wieczorem poprzedniego dnia – odkryłam buszujące po łazience i sypialni karaluchy.  Jestem pewna, że były w wielu miejscach, w których wcześniej nocowaliśmy, ale wtedy ich nie widziałam.  Teraz za to miałam schizę, zwłaszcza, że spaliśmy na podłodze.  Dużo czasu minęło zanim zasnęłam.  Rankiem plaga robactwa nasiliła się.  Przy pakowaniu odkryłam mrowisko w naszych najpyszniejszych daktylach, które pieczołowicie oszczędzaliśmy na wyprawę na Damavand.  Powstrzymanie się od zjedzenia daktyli było nie lada wyrzeczeniem, a teraz masz babo placek – wszystko do kosza.  Moje najczarniejsze przeczucie się sprawdziło – mrówy dostały się również do skamieniałego koziego mleka, z którego robi się sos – co za zarobaczony dom! No cóż, prawdą jest, że irańskie standardy czystości znacznie odbiegają od naszych…  Najczyściej do tej pory było w – niespodzianka – kawalerskim mieszkaniu trzech młodych chłopaków w Bandar Abbas.  Chłopaki naprawdę się starali i mieli nie tylko porządek, ale po prostu czysto.  Tymczasem mrówy rozprzestrzeniły się po całym moim plecaku, więc musiałam każdą jedną rzecz wyjąć i otrzepać ją z robactwa.  To znacznie opóźniło nasz wyjazd.  Potem jeszcze nie mogliśmy znaleźć dworca, z którego odchodziłyby autobusy w interesującym nas kierunku.

Koniec końców Esfachan opuściliśmy dopiero w południe.  Pojechaliśmy do Daran – miasta oddalonego o ok.  200 km od gór, w które chcieliśmy się dostać tego dnia.  W Daranie mieliśmy więcej szczęścia – dwóch młodych chłopaków podrzuciło nas z centrum miasta na autostradę a tam szybko złapaliśmy stopa do Doruda – miasta, z którego wyrusza się w góry.  W Dorudzie dosyć łatwo znaleźliśmy chętnego, który podrzucił nas 25 km, do początku szlaku nad jezioro Gahar.  Planowaliśmy przespać się w pobliżu tego miejsca a rankiem wyruszyć w góry.  I tu znowu dał o sobie znać pech.  Z jakiegoś tajemniczego powodu nie pozwolono nam rozbić namiotu.  Panowie z obsługi osłów (wynajmowanych chętnie przez irańskich turystów do wgiełgiwania tobołów nad jezioro) kazali naszemu kierowcy zabrać nas w cholerę i wrócić następnego dnia rano.  Najgorsze, że nic z tego nie rozumieliśmy, bo z żadną z obecnych osób nie dało się porozumieć w języku innym niż Farsi (nawet w migowym nie szło).  Wykonaliśmy po kilka telefonów – do strażnika parku narodowego (trochę gadał po angielsku – „Gahar Lake forbidden, no permit, I am responsible, responsible I am” i do Maryam, naszej znajomej z Teheranu, z prośbą, żeby dowiedziała się o co chodzi.  Niewiele to pomogło – dowiedzieliśmy się, że musimy wracać do miasta, bo niebezpiecznie, kradną, porywają, gwałcą a w ogóle to tygrysy, leopardy, niedźwiedzie i dzikie świnie – jednym słowem „very danger”.  Co nie zniechęcało dziesięciu facetów od osłów do biwakowania tam w namiotach.  Widocznie delikatne podniebienia tutejszych dzików i tygrysów nie tolerują mięska lokalsów, co innego świeże mięsko turystów…  Stanęło na tym, że prawie siłą zostaliśmy wpakowani do auta.  Czuliśmy się niepewnie – było już późno i ciemno.  Nie mogliśmy się dogadać z kierowcą i nie wdzieliśmy gdzie nas wiezie.  Mieliśmy nadzieję, że podrzuci nas przynajmniej do centrum, gdzie będziemy mogli znaleźć jakiś hotel.  Na szczęście ten pechowy dzień zakończył się szczęśliwie.  Okazało się, że kierowca zawiózł nas domu wspomnianego wcześniej strażnika parku narodowego – zostaliśmy tam nakarmieni, umyci i zaproszeni na mecz USA-Anglia.  Koniec końców – sukces 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+