Panamana tititiriri…

By kuba • Panama • 13 May 2011

Wylądowaliśmy w Panamie.  Inny świat – ciepło, może nawet za ciepło, a na pewno za wilgotno.  Za to miło.  Głównie z powodu ludzi (no i jedzenia, ale to za chwilę)– wszyscy sympatyczni, uśmiechnięci, pomocni (wskażą drogę nawet jak nie mają pojęcia dokąd chcesz iść, ale to drobiazg).  W porównaniu z Boliwijczykami Panamczycy to anioły 🙂

Panama składa się z trzech części, a właściwie z dwóch i pół, bo ta ostatnia dopiero się wykluwa..  Pierwsza to wypasiona dzielnica biznesowa, z 50-piętrowymi wieżowcami, drogimi hotelami i bogatymi rezydencjami oraz centrami handlowymi.  Druga (znaczy się reszta miasta), to ogromny slums, do którego nie wpuszcza się Gringosów (podobno dlatego, że niebezpiecznie, ja jednak myślę, że nie chcą psuć miastu wizerunku).  Wszędzie pełno policji (normalnej i turystycznej).  Panowie w mundurach miło uśmiechają się i mówią „ w tę ulicę proszę nie skręcać, bo kradną.  A do tej części miasta to w ogóle nie chodzić – niebezpiecznie”.  Miłe, aczkolwiek stanowcze rady.  Trzecia część, nasza ulubiona, to Casco Viejo, czyli dzielnica kolonialna, pozostałość po hiszpańskich konkwistadorach.  Casco viejo to również jeden wielki slums.  Przepiękne (kiedyś, chyba), zabytkowe kamienice po prostu się rozwalają.  Pełno tu szemranego towarzystwa.  W tym wszystkim kilka wysp, oaz luksusu – to pięknie odnowione budynki, w których mieszczą się drogie hoteliki i restauracje, kilka ministerstw oraz pałac prezydencki.  W wielu miejscach coś się rusza – w sensie trwają remonty.  Budowlańcy zostawiają jedynie fasady kamienic.  Środki „wypatroszają” i zastępują nowymi budowlami.  Praca wre, obstawiamy, że za 10-15 lat Casco Viejo będzie jedną z najlepszych dzielnic Panamy.  A na razie można się poruszać po kilku wyznaczonych ulicach obstawionych patrolami.  Pani z recepcji hostelu rozdaje mapki, na których zaznacza spore „iksy” – to miejsca, w które nie zależy się zapuszczać.  Tych iksów więcej niż niezaiksowanej przestrzeni na mapce…  Pan policjant, jak pod wieczór pytam o drogę, żeby znaleźć jakieś miejsce w Casco Viejo wymownie patrzy na zegarek i miło się uśmiecha kręcąc głową.  Znaczy to „ja bym się tam do Casco Viejo o tej porze w ogóle nie wybierał”.  A my tam mieszkamy 🙂 W jednym z najfajniejszych hosteli, na jakie natrafiliśmy do tej pory (znów nie udało się znaleźć hosta z couchsurfingu, mimo, że tym razem wznieśliśmy się na wyżyny kreatywności i powysyłaliśmy prośby po hiszpańsku :).  Hostel nazywa się Luna’s Castle i jest świetny.  Wszystkie pomieszczenia mają że 4 metry wysokości, na parterze, na dziedzińcu jest fajny ogródek a w nim bar (piwo 0,5 dolara) a w podziemiach sala kinowa z leżankami zamiast siedzeń.  Aż się nie chce zwiedzać miasta 🙂

Jakoś się jednak mobilizujemy i wybieramy obejrzeć Kanał Panamski.  Hm…  fajne miejsce, ale jednak jesteśmy rozczarowani.  Śluzy w Mila flores niewiele większe od tych na kanałku żerańskim 🙂 A do tego jeszcze mieliśmy pecha i nie trafiliśmy na żaden porządny frachtowiec przeciskający się przez kanał.  Był jedynie jakiś mizerny jacht, któremu się zachciało płynąć na Karaiby.  Nuuda…  Najfajniejszy w wypadzie do kanału był krokodyl, którego spotkaliśmy sobie ot, tak przypadkiem w drodze do muzeum.  Bestia była naprawdę olbrzymia i bardzo cieszyliśmy się, że staliśmy na moście 🙂

Lekko rozczarowani kanałem panamskim postanowiliśmy się więc pocieszyć w najprostszy sposób – kulinarnie.  Pod tym względem Panama to dla nas raj.  Świeże, pyszne owoce morza, w tym peruwiański wynalazek – ceviche czyli ryba (ośmiornica, kalmar lub miks powyższych) w marynacie z limonki, czosnku i ostrych papryczek – pycha! Do tego zatrzęsienie owoców – najpyszniejsze na świecie ananasy i mango (10 sztuk za dolara).  Oj, pożyjemy tutaj, pożyjemy 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+