Pamir Highway – na stopa(ch)

By kuba • Tadżykistan • 25 Jul 2010

Kolejne 50 km pokonujemy trochę na piechotę, trochę autem.  Korzystamy z jeszcze jednego zaproszenia na herbatkę.  Tym razem domek naszego gospodarza jest zadbany – w środku ściany pobielone, w oknach firanki, czyściutko.  Zostajemy ugoszczeni kefirem, ryżem smażonym z makaronem i tutejszym tradycyjnym napitkiem – słyszałam o nim od wielu ludzi na pokazach slajdów i bałam się, że prędzej czy później nas dopadnie.  Jest to herbata z mlekiem, masłem i solą – paskudztwo straszne.  Naprawdę staram się próbować wszystkiego, czym nas częstują i zazwyczaj wszystko, co wygląda obrzydliwie mi smakuje, ale tej herbatki przełknąć nie mogę.

Wieczorem mijamy ostatnią wioskę na trasie – do głównej drogi Chorog-Murgab, czyli słynnej Pamir Highway zostało nam ok.110 km.  Mamy nadzieję, że jutro napotkamy jakiegoś jeepa z turystami, którzy nas podwiozą – inne maszyny tu raczej nie jeżdżą.  Tymczasem znajdujemy przeurocze miejsce na nocleg wysoko w górach.  Mamy piękny widok na dolinę i afgańskie góry, z tyłu widać nawet 7-tysięczne szczyty Pakistanu.  Obok naszego rozbitego na pięknej polance namiotu szemrze strumyk.  Ależ wspaniale będzie się tu spało.

Ostatnie 110 km do „właściwej” Pamir Highway pokonaliśmy w dwa dni.  Po uroczym noclegu w górach (nie spało się tak wspaniale, bo zbocze było dość strome i cały czas zjeżdżaliśmy) przemaszerowaliśmy jakieś 10 km zanim lokalsi zgodzili się nas podwieźć ok.  60 km – komandir czekpointa w górach jechał właśnie przejąć zmianę i wiózł że sobą paru tutejszych pasterzy.  Towarzystwo poruszało się zabytkowym UAZem, który odpalało się na korbkę po każdym postoju.  A stawaliśmy często, bo ciągle trzeba było chłodzić nasz wehikuł wodą że strumieni.  „Wioska” Chorgusz, do której zmierzaliśmy leży tuż przed przełęczą o tej samej nazwie (4200 m npm.) i składa się z dwóch budynków – posterunku policji i lepianki, w której współcześni nomadowie mieszkają latem (na zimę przenoszą się do doliny).  Po drodze zaprzyjaźniliśmy się z kierowcą na tyle, że zostaliśmy zaproszeni na małą imprezkę – gorąca lepioszka, zsiadłe mleko, domowe masło i ciepła wódeczka.  Jakoś podołaliśmy.  Gospodarze (Ciekawostka: nasz gospodarz ma trzy żony i 32 dzieci 😉 koniecznie chcieli nas zatrzymać na noc, ale my postanowiliśmy iść dalej – resztę trasy mieliśmy pokonać już pieszo.  Cały dzień tą drogą przejechały 4 auta.  Raczej trudno łapie się w takich warunkach stopa.  Szliśmy jeszcze 8 godzin zanim znaleźliśmy dogodne miejsce na nocleg.  Dogodne znaczy – w miarę płaskie i w pobliżu wody.  Po przekroczeniu przełęczy okazało się, że wszystkie (liczne) strumienie zostały po drugiej stronie i mieliśmy spory problem.  W końcu udało się znaleźć jakąś zapyziałą rzeczkę – dobrze, że mieliśmy że sobą tabletki oczyszczające wodę.  Zmęczeni szybko przygotowaliśmy coś do jedzenia i natychmiast zasnęliśmy.  W planach była pobudka o 5 rano (zwykle o tej godzinie wstajemy w podróży), ale byliśmy tak wykończeni, że zwlekliśmy się dopiero o 7.  Pieszkom pokonaliśmy jeszcze jakieś 10 km kiedy nadjechał jeep – 6 bankierów jechało w delegację do Murgaba i zgodzili się nas podwieźć do głównej drogi, czyli kolejne 10 km.  Bankierzy chcieli, żebyśmy jechali z nimi dalej, ale my mieliśmy inne plany – chcieliśmy zrobić sobie 2-dniowy trekking – w okolicy są piękne jeziora i gejzer, które chcieliśmy zobaczyć.  Była to dobra decyzja, bo takich widoków to jeszcze w życiu nie widzieliśmy.  Bezkresny płaskowyż, błękitna woda jezior, białe połacie soli, bajkowe chmury – wrażenia nie do opisania.  Widoki były naprawdę wspaniałe, ale znów mieliśmy problem z wodą – nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć.  Poza tym odległości w Pamirze są naprawdę duże – znów wędrowaliśmy cały dzień bez wytchnienia w piekącym słońcu i przy silnym wietrze.  Poobcierane stopy, pęcherze na palcach, spalone słońcem twarze i usta – dostaliśmy porządnie w kość.  Szliśmy i szliśmy, ale gejzera nie znaleźliśmy.  Na szczęście wieczorem udało nam się dojść do rzeki Aliczur – głównej rzeki w dolinie.  Wygląda jak rzeka nizinna – z daleka wydaje się płynąć spokojnie i leniwie sobie meandruje.  Z bliska widać jednak, że płynie bardzo szybko – fajna byłaby tam zabawa na kajakach.  Niestety, o tej porze roku woda jest błotnista – w górach topnieją śniegi, jest dużo wody, która zabiera po drodze piach.  Poza tym – w pobliżu dużo pastwisk.  Znów trzeba było kombinować – w ruch poszły worki nieprzemakalne (dobrze sprawdzają się też jako pojemniki na wodę) i tabletki odkażające.  Spaliśmy razem z kolonią świstaków – bardzo śmieszne stworzenia i pełno ich w Pamirze.  Ja jednak nazwałabym je raczej gwizdakami – taki właśnie dźwięk wydają.  Na szczęście w nocy spały i nas nie budziły.  Zresztą, byliśmy tak zmęczeni, że pewnie i tak nic byśmy nie słyszeli, nawet gdyby gwizdały nam przy namiocie przez całą noc.

2 Responses

  1. Piotrek

    Cześć, gdzie dokładnie byliście na tym dwudnuiwym trekkingu?

  • RSS
  • Facebook
  • Google+