O tym jak Ruty na Borneo stopemjeździły

By kuba • Malezja • 6 Dec 2010

Jeździły…  no to może trochę za wiele powiedziane.  Bardziej próbowały – bezskutecznie.

Ale od początku.  Po bajkowych doświadczeniach z nurkowaniem na Sipadanie kolejny punkt programu to rzeka Kinabatangan.  Słynie z tego, że przepływa przez dziewiczą puszczę.  Tradycyjnym punktem programu każdego snującego się turysty – podróżnika jest rejs po rzece w poszukiwaniu dzikich zwierząt.  Chcemy i my! Tylko najpierw trzeba się tam dostać…

Jedynym miejscem nad rzeką, do którego można dotrzeć samodzielnie, bez pośrednictwa agencji jest Sukau – tam się więc kierujemy.  Późnym rankiem ustawiamy się na trasie wylotowej z Semporny uzbrojeni w lody , kartonowy transparent z napisem „Sukau – no money” i ogromne pokłady nadziei, że uda się sprawnie stopem dotrzeć do celu.  W końcu większa część naszej trasy pokrywa się z drogą do Kota Kinabalu – stolicy regionu.  Samochodów dużo, jeden za drugim, sznur.  Zatrzymuje się prawie każdy – żeby powiedzieć „hello”, pomachać, dowiedzieć się kto my, skąd i po co u licha stoimy przy drodze? Że co? Autostop? Moim samochodem za darmo? Ale po co i dlaczego nie autobusem? Niektórzy bardzo się o nas martwią – że gorąco a my na słońcu, że nie możemy znaleźć dworca autobusowego, że oni nas na ten dworzec podwiozą.  Inni, bardziej przedsiębiorczy – zawiozą nas do Sukau, owszem, za 2 tysiące dolarów (jak białas na Borneo to na pewno ma kupę kasy i się nie zorientuje, że za tyle to se może limuzynę wynająć lub własną taksówkę kupić…).  Nasza nadzieja topnieje w tym upale jeszcze szybciej niż lody, pozytywne nastawienie ustępuje miejsca wkurwowi (za przeproszeniem, oczywiście),

Jak już wspomniałam aut dużo, zatrzymuje się, a przynajmniej zwalnia każde, droga wąska, po jednym pasie w każdą stronę.  Skutek? Tworzy się korek gigant.  Przyjeżdża policja, żeby sprawdzić co się takiego dzieje i kto im tu porządek zakłóca.  Panowie bardzo, bardzo uprzejmi i pomocni.  Szybko przekonują nas, że stopowanie na Borneo po prostu nie ma sensu, tu jest turystyka ekskluzywna.  (Sami z resztą też już się tego powoli zaczynaliśmy domyślać).  Staje na tym, że funkcjonariusze zawożą nas do hotelu.  Następnego dnia spróbujemy szczęścia z autobusem (dziś już jest za późno, nic w kierunku Sukau nie jedzie).

Rankiem okazuje się, że autobus jest, ale żeby nie było za pięknie, nie jedzie bezpośrednio do Sukau.  Żaden transport publiczny do Suaku nie dojeżdża, bo po pierwsze primo – niech się turysta nauczy, że na własną rękę się po Borneo nie jeździ, po drugie primo – taksówkarz też z czegoś musi żyć.  Taksówkarze mają na ten odcinek monopol.  Za 40 km żądają kwot kosmicznych, wcale się nie chcą targować.  Wkurzamy się, ale tym razem mamy szczęście – przejeżdżający akurat kierowca zgadza się nas podwieźć za pół ceny taksówkarskiej.

Po dotarciu na miejsce szczena nam opada – warto było się handryczyć, żeby się tu dostać.  Nasz hostelik znajduje się już za miasteczkiem, tam gdzie kończy się droga.  Tradycyjny, drewniany dom na palach położony jest malowniczo tuż nad rzeką, między palmami a pięknie zadbanym trawnikiem.  Po prostu tu prześlicznie! Jesteśmy jedynymi gośćmi.  Chwile odpoczywamy i późnym popołudniem wyruszamy na rejs po rzece razem z właścicielem schroniska.  Amatorzy dzikiej przyrody mogą tu wypatrzeć nosacze (te śmieszne małpy z wielkimi nosami, które żyją tylko na Borneo), makaki, orangutany a nawet słonie.  My jesteśmy „w połowie” szczęściarzami.  Nie spotykamy żadnych słoni ani orangutanów, ale udaje nam się zobaczyć mnóstwo nosaczy, całe ich rodziny.  Niestety, wredne te małpy lubią siedzieć wysoko na drzewach, więc kontakt z nimi jest utrudniony i słabo widać te nosy 😉 Co innego makaki – tych również spotykamy dużo i są o wiele mniej strachliwe.  Siedzą sobie na drzewach zupełnie nisko, złażą na powalone pnie tuż nad wodą, żeby wyłowić pływające w rzece owoce, objadają się, bawią, iskają i przeprawiają na drugą stronę rzeki – wszystko, żeby zapewnić rozrywkę przepływającym turystom.  A na poważnie – fajnie jest popatrzeć sobie na żyjące zupełnie dziko makaki.  Szkoda, że nie było z nami żadnych dzieciaków – miałyby niezły ubaw.

Po pełnym wrażeń rejsie udajemy się do oddalonego o ok.  5 km miasteczka na kolację.  Miasteczko…  no to chyba za dużo powiedziane.  Sukau to dosłownie kilka domów.  Knajpa jest i nawet trzy sklepy, tylko że o tej porze (19:00) już zamknięte.  Jesteśmy w trudnej sytuacji – od śniadania prawie nic nie jedliśmy, w brzuchach burczy, zapasów żadnych nie mamy.  Udaje nam się dobić do jednego że sklepów (właściciele na szczęście mieszkają obok).  A w tym sklepie…  wielkie nic.  I to dosłownie.  Można kupić olej (tylko co na nim usmażyć?), trochę surowego ryżu (gdzie niby go ugotować?), jakieś suszone „zapachowe” kijanki (używane tu jako przyprawa).  Chleb się skończył, nie ma żadnych ciastek, herbatników, o snikersach też można zapomnieć.  Kuba rzuca się na landrynki w puszce, ale po bliższym przeegzaminowaniu zawartości postanawia zrezygnować zarówno z landrynek jak i całego mrowiska, które w nich zamieszkuje.  Po długich i żmudnych poszukiwaniach odnajdujemy (na szafie, tuż pod sufitem) zapomniane chrupki serowe i chińskie zupki – to będzie nasza dzisiejsza kolacja.  Pani ekspedientka jest bardzo smutna i zawstydzona, że nie może nam ni ciekawszego sprzedać.  Przeprasza nas z piętnaście razy zanim zdążymy zapłacić i się zmyć.  Chrupkowo – zupkowa uczta w tych pięknych okolicznościach przyrody smakuje jak ambrozja.  Najedzeni i zrelaksowani spędźmy leniwy wieczór.  Następnego ranka jedziemy do Kota Kinabalu (tu oczywiście odwiedzamy nasz ulubiony targ rybny, gdzie spożywamy przepysznego tuńczyka i kalmary z grilla) a potem łapiemy prom do Brunei.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+