Najniebezpieczniejsza drogaświata

By kuba • Boliwia, Rowery • 30 Apr 2011

Najniebezpieczniejsza droga świata łączy La Paz z Coroico.  To długa na ok.  100km, wąska (miejscami tylko trzy m.  szerokości), szutrowa, wyboista droga wcięta w zbocza gór.  Osuwiska ziemne i spadanie w przepaść aut to tutaj standard.  Na szczęście to było dawno, ale prawda.  Droga była w użytku do 2006 r.  Teraz na przeciwległym zboczu zbudowano nową, bezpieczną i wyasfaltowaną szosę tylko tu i ówdzie pojawiają się na niej wyboje a asfalt znika – ale to w Boliwii normalka).

Starą drogą jeżdżą teraz tylko Gringos – można zrobić sobie 60-kilometrowy downhill (z 4000 m.  na 1500m npm).  W La Paz aż roi się od agencji oferujących wycieczkę na „death road”.  W pakiecie zazwyczaj jest transport pod górę, rower, ochraniacze na łokcie i kolana, kask, przewodnik, lunch i kąpiel w hotelowym basenie po zjeździe oraz najważniejsze – koszulka z napisem „I’ve survived the death road”.  Skusiliśmy się i my i nie żałujemy.  Ta wycieczka rowerowa to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie robiliśmy.  Trafiliśmy na naprawdę dobrą agencję Vertigo (super sprzęt, świetne rowery z jeszcze lepszymi hamulcami) – polecamy.  Mieliśmy szczęście, bo wiele osób bardzo narzeka na jakość sprzętu.  U nas wszystko było bez zarzutu.  Sama droga jest przepiękna! Widoki zapierają dech w piersiach, ale nie ma za bardzo czasu, żeby je oglądać, bo jedzie się naprawdę szybko.  To znaczy, jak nie chcesz jechać szybko to nie musisz, ale to połowa frajdy.  Kuba oczywiście był najszybszy z grupy i śmigał w dół niczym kamikadze (ja tego nie popieram :).  Ale ja też nie radziłam sobie najgorzej i udało mi się wyprzedzić połowę facetów 😉 Wśród turystów krążą mity na temat tej trasy (że niby taka trudna i niebezpieczna).  W hostelu w La Paz wszyscy cię pytają „robisz death road?”.  „boisz się?”.  Bez przesady.  Oczywiście, można sobie zrobić tam krzywdę (od 2006 r.  zabiły się 34 osoby, połamańców nikt nie liczy), bo można naprawdę mocno się rozpędzić, nawierzchnia jest bardzo wyboista, a niczym nie zabezpieczone urwiska spadają kilkaset metrów w dół.  Kto jednak ma odrobinę rozumu nie będzie się rozpędzał na tyle, żeby nie kontrolować roweru.  My frajdę mięliśmy przednią i krzywdy sobie nie zrobiliśmy ?(chociaż Kuba zaliczył jeden upadek i ma teraz na tyłku imponującego siniaka 🙂 Po za tym hotel na dole to już inna strefa klimatyczna – tropiki.  A to znaczy – cholerne muszki, które pożarły nas (mnie w szczególności) żywcem.  Policzyłam – na samych stopach i ramionach miałam prawie 200 ukąszeń! Te cholery gryzą tak, że człowiek nie czuje.  Bąble robią się i zaczynają swędzieć dopiero po dwóch dniach, potem zamieniają się w ropiejące ranki – okropieństwo.  Dżungla to nie dla mnie.

Po zjeździe nie wróciliśmy, jak wszyscy, do La Paz, tylko pojechaliśmy do małego miasteczka w Ggrach – Coroico.  Zaszyliśmy się w malutki hosteliku, który tak naprawdę jeszcze nie powstał – właściciel wykańcza dom samodzielnie, gotowych jest już kilka pokoi i łazienek, ale korytarze na przykład cały czas wyglądają jak plac budowy.  Przybytek jeszcze nie ma nawet nazwy.  Nam to jednak nie przeszkadza – najważniejsze, że jest przyjemnie, tanio czysto, no i ten widok z okna – najpiękniejszy jaki mieliśmy podczas całej podróży (no, może czasem był ładniejszy z namiotu 🙂

Coroico to przyjemna mieścina, ale nic ciekawego tu się nie dzieje.  Można zrobić kilka trekkingów, na przykład do pobliskich wodospadów.  My się wybraliśmy, ale po pierwszej ćwiartce zawróciliśmy – jakoś tak nudno, gorąco i ogólnie męcząco było 😉

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+