Najgłupsza góra świata

By kuba • Góry, Panama • 15 May 2011

Nie do końca pożyliśmy w Panamie tak jak planowaliśmy.  Z pewnością zabawiliśmy tu długo, bo prawie 3 tygodnie.  chociaż w planach był niecały tydzień.  Ale po kolei.

Najwyższym szczytem Panamy jest wulkan Baru – duma kraju.  Wulkan wznosi się na wysokość ponad 3400 m npm a Panamczycy chwalą się, że z jego szczytu rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na świecie – przy bezchmurnej pogodzie widać zarówno Morze Karaibskie jak i Ocean Spokojny.  Nie mogliśmy tego przegapić!

Baru zdobywa się z małego miasteczka Boquete, które tak na marginesie bardzo nam się podoba.  Panuje tu bardzo przyjemny klimat (jesteśmy trochę wyżej, więc jest chłodniej i bardziej rześko).  Nie jesteśmy jedynymi, który doceniają walory Boquete – miasteczko zostało uznane za jedno z 10 najlepszych miejsc na świecie do zamieszkania na emeryturze.  Pełno tu więc amerykańskich (i nie wiedzieć czemu – holenderskich) emerytów.

Sama góra okazała się porażką.  Szlak prowadzący na Baru z Boquete to najbrzydszy, najnudniejszy i najbardziej monotonny szlak na jakim byłam.  Zresztą szlak to za wiele powiedziane.  Na szczyt wiedzie szutrowa droga – 14 km w kurzu, do góry, przez las, można wjechać tam jeepem.  Żadnych trudności technicznych, które podniosłyby poziom adrenaliny, żadnych widoków, które urozmaiciłyby monotonny marsz.

Kilometr od szczytu znajduje się najpaskudniejszy kemping, na jakim kiedykolwiek przyszło mi nocować w górach – brudno, pełno śmieci, rozwalająca się wiata i, oczywiście, zero widoków.  Brak nawet równego miejsca pod namiot – całą noc jeździliśmy z Kubą w naszych śpiworach w górę i w dół.

Rankiem, kiedy przyszło atakować szczyt Kuba zrezygnował (jakoś źle się poczuł).  Niewiele jednak stracił..  Sam widok że szczytu, owszem, nawet ładny, ale jak na widoki, które potrafią ofiarować góry – przeciętny (mórz ani oceanów nie było widać, bo przejrzystość powietrza była za słaba).  Oprócz natury można tam jeszcze podziwiać jakieś baraki oraz pełno wież transmisyjnych i jakieś wielkie, buczące generatory.  Doprawdy, przepiękna góra.

Szlak bardzo nam się nie podobał, a co gorsze dosyć mocno nadwyrężył nasze kolana (nawet moje bardzo bolały po monotonnym zejściu, a co dopiero mówić o Kubowych).  W ogóle jakoś tak kiepsko nam się schodziło z tej góry.  Kładliśmy to na karb monotonności szlaku, no i stwierdziliśmy , że kondycja bardzo nam siadła.  Po dotarciu do miasteczka okazało się jednak, że z naszą kondycją nie jest kat źle, po prostu obydwoje schodziliśmy z 39-stopniową gorączką.  Porządnie się rozłożyliśmy.  Trzeba było pomocy lekarskiej – okazało się, że dopadł nas pierwotniak zwany lamblią, a Kubę dodatkowo – denga.  U mnie badanie dengi nie wykazało, jednak moje wyniki krwi były jeszcze gorsze niż Kuby – bardzo niski poziom leukocytów i płytek krwi.  Do tego straszliwy ból głowy i wysoka gorączka, czyli klasyczne objawy dengi.  Nie podejrzewałam siebie o takie złoża empatii 🙂

Bardzo dziwna to choroba, bo poza tym, że mieliśmy wysoką gorączkę i byliśmy bardzo, bardzo słabi, to nic nam nie dolegało (biegunkę zaserwowaną nam przez pierwotniaka pomijam, bo ona przynajmniej została zdiagnozowana, chociaż nie powiem, siły nam to nie dodało 🙂 A wracając do dengi – to bardzo dziwna choroba.  Może być śmiertelna (zwana jest gorączką krwotoczną – wspomniane wcześniej płytki krwi obniżają się do takiego poziomu, że następują samoistne krwotoki wewnętrzne, które są bardzo groźne).  Jednak dorośli i zdrowi ludzie za pierwszym razem przechodzą dengę łagodnie – tak jak Kuba.  Najgorsze, że na dengę nie ma lekarstwa – trzeba ją przeczekać.  Człowiek jest po prostu słaby, musi leżeć i tyle.  Lekarz kategorycznie zalecił nam kiblowanie w Boquete, dużo odpoczynku, porządne odżywianie.  Dobrze, że obeszło się bez szpitala.  No i dobrze, że trafiło nas akurat w Boquete – przy tej ilości zagramanicznych emerytów mają tu całkiem dobrą opiekę medyczną, z której i my skwapliwie skorzystaliśmy 🙂

Tak więc ostatnie dwa tygodnie spędziliśmy na kurowaniu w malutkim hoteliku (Pension Marilos – bardzo polecamy, bo jest miło, czysto i tanio, 10 USD za pokój, można korzystać z kuchni i pralki a do tego mają tu całkiem niezłe łącze internetowe i wi-fi – bez niego byśmy nie przeżyli.  Jedynym mankamentem, jest maskotka hoteliku – gadająca papuga Ricky.  Stworzenie bardzo towarzyskie – gdy nikt nie poświęca jej uwagi wydziera się w niebogłosy produkując najbardziej, za przeproszeniem, wkurwiający dźwięk jaki kiedykolwiek słyszeliśmy.  Na szczęście w nocy Ricky śpi 🙂

Od 14 dni lenimy się, dogadzamy sobie kulinarnie i, szczerze mówiąc, dostajemy już lekkiego fioła (ile można oglądać filmy i seriale?!).  Na szczęście już czujemy się dobrze, morfologia wróciła do normy i jutro ruszamy w dalszą drogę.  Kostaryko – przybywamy!

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+