Muśnięcie Muskatu

By kuba • Na stópkach, Oman • 21 Feb 2013

Wiem, że stolica Omanu to po Polsku „Maskat”, ale nazwa pisana przez „u” lepiej się komponuje w tytule.

Mieliśmy szczęście, bo udało nam się załatwić couchsurfingową kanapę. A właściwie to nawet cały pokój z łazienką. Mieszkamy u amerykańskiej rodzinki z trójką dzieci. Rachel i Tony są nauczycielami (Tony wykłada angielski na Uniwersytecie Sułtana Qaboosa a Rachel uczy dzieciaki swoje i innych expatów w domu). Rodzinka jest przemiła, dzieciaki świetne. To jedno najlepszych doświadczeń „kanapowych” do tej pory (pomimo obecności dwóch kotów, które Kuba notorycznie przegania).

Moje pierwsze wrażenie z wizyty w stolicy Omanu: tu jest jak w Stanach. Wypasione, szerokie ulice i autostrady, obwodnica i obwodnice obwodnicy (cały czas powstają nowe drogi i estakady), czysto, wielkie centra handlowe i dzielnice domów jednorodzinnych na przedmieściach (w jednym mieszkamy my). Jest tu bardzo nowocześnie, a jednocześnie egzotycznie. Nie uświadczysz żadnych budynków na zachodnią modłę, wszystkie są w charakterystycznym (i paskudnym), jedynym w swoim rodzaju stylu pałacu szejka. W mallu marki europejskie i amerykańskie, ciuchy jakie tylko chcesz, w Carrefourze asortyment szerszy niż w Polsce. Ogólne wrażenie bogactwa i dobrobytu.

Poza tym, że wszędzie pustynia: sucho, żółto i pył. Bardzo mało zieleni (a Maskat i tak jest jednym z najbardziej zielonych miast w Omanie, może poza Salalahem w lecie). Sprawia to wrażenie lekkiego brudu (chociaż w Maskacie akurat jest czysto) Pozostałe miasta wyglądają nieco inaczej (o tym będzie później).

Zasadnicza różnica jest też w strojach mieszkańców. Mężczyźni noszą długie, najczęściej białe „kiecki”, diszdasze, do tego na głowie haftowane „toczki” zwane kuma (na co dzień) lub turbany (zwane mussar)z przepięknych chust z paszminy (na wyjątkowe okazje i jako strój oficjalny). Kobiety (raczej wszystkie Omanki) spowite w czerń od stóp do głów (ich tradycyjne kiecki, zwane abbaya są lubiane i uważane za modne). Czasem spod takiej abbay’i wychylą się najmodniejsze jeansy, widać też seksowne sandały na stopach i elegancki pedicure – ale to raczej w dużych miastach, w mniejszych miejscowościach kobiety preferują bardziej tradycyjne stroje. Twarze przykryte całe, lub tylko włosy – podobno strój jest kwestią wyboru kobiety. Inaczej niż w Iranie, tutaj babeczki lubią być okryte. Kobiety (te, które pokazują twarze) są niezbyt urodziwe. Za to faceci bardo przystojni.

Dodatkowo w stolicy mnóstwo białasów – pracują zamiast Omańczyków. Mimo, że Oman nie ma tak olbrzymich złóż ropy jak sąsiednie Emiraty, to i tak na razie dają radę i żyje im się z tego surowca całkiem dobrze.

Stereotypowy Omańczyk raczej się pracą nie kala – od czarnej roboty (budowa, sprzątanie, prowadzenie restauracji) są ekspaci z Indii, Bangladeszu, Sri Lanki, Pakistanu i Filipin. Jest też sporo Syryjczyków i Turków. Większość „profesjonalistów” w biurach to z kolei przybysze z „Zachodu”. Kilka lat temu rozpoczęto tak zwaną „omanizację” rynku pracy (żeby zaoszczędzić na wydatkach na profesjonalistów z zachodu i zapewnić Omańczykom źródło dochodu i samowystarczalność, jak już zasoby ropy się wyczerpią). W związku z tym wprowadzono pewne obostrzenia – na przykład w każdej firmie działającej na rynku większość udziałów musi być w rękach omańskich, w zarządzie też musi zasiadać odpowiednia liczba Omańczyków. Skończyło się na tym, że większość Omańczyków w firmach to figuranci, którzy dostają kasę za nic, a za robotę i tak trzeba płacić ekspatom.

Co zwiedzamy w Muskacie? Przede wszystkim to, co zwiedza się w pozostałych omańskich miastach: souq (czytaj: suk) czyli targ, nadmorską promenadę (corniche) i fort (zwykle w remoncie, ten w Maskacie był akurat remontowany, ale można go obejrzeć z zewnątrz).

Forty i wieże obserwacyjne nawet, jeśli nie są dostępne dla zwiedzających, stanowią uroczy element krajobrazu i pięknie wpasowują się w górski krajobraz.

A krajobraz Maskatu jest wyjątkowo urokliwy – miasto leży nad dwiema małymi zatokami jego dzielnice są rozsypane pomiędzy mniejszymi i większymi skało-górami. Z samolotu nocą wygląda to jak małe, świecące wyspy porozdzielane czarnymi dziurami

Maskat, jak i pozostałe miasta Omanu, nie ma ścisłego centrum – ważne miejsca porozrzucane są na przestrzeni wielu kilometrów. A starówka nie przypomina typowych starówek. Nie ma tu ciekawych budynków, urokliwych uliczek – są za to małe domki z gliny jak kurniki, pomiędzy którymi ganiają dzieciaki i kozy.

Niewątpliwą atrakcją stolicy Omanu jest pałac Sułtana Qaboosa (można obejrzeć imponującą bramę wjazdową, kawałki budynków i otaczający je, piękny, zielony ogród (zielony to kolor rzadko spotykany w Omanie). Trzasnęliśmy fotki przed bramą sułtana, Jurkowi, dodatkowo, na trawniku sułtana i tyle.

Warty odwiedzenia jest meczet Sułtana Qaboosa (wszystko tutaj nosi imię miłościwie panującego władcy), ale my zostawiamy go sobie na koniec naszego pobytu.

Zamiast tego odwiedzamy targ rybny w Seeb. Kupujemy tam pyszne rybki (nie mamy pojęcia jakie, ale sprzedawca twierdzi, że najlepsze), które potem przyrządzamy na kolację dla naszych hostów (początkowo planowaliśmy zrobić curry, ale gosposia ze Sri Lanki, która zna się na egzotycznych rybach odrobinę lepiej niż my, kategorycznie nam tego zabroniła – nabyliśmy podobno rybę na grilla i tak też ją przyrządziliśmy).

Nasi gospodarze zapewnili nam nie lada rozrywkę. Zabrali nas na „Muscat Hush” – to otygodniowe, czwartkowe (to znaczy weekendowe, bo weekend tu przypada w czwartek i piątek) spotkanie Białasów. Hush to spotkanie towarzyskie w plenerze, a do tego krótki trekking lub przebieżka po górach (przygotowywane są dwie trasy: krótsza dla początkujących i dzieciaków – tę wybieramy my z Jerzykiem i dłuższa, dla starych wyjadaczy, którzy pokonują ją biegiem. Trasy przeplatają się ze sobą, mają wspólny start i metę. Maskatowi ekspaci spotykają się tak już od czterdziestu lat. Bardzo miła, świecka tradycja.

W Maskacie bardzo nam się podoba i na pewno tu wrócimy jeszcze podczas tej podróży.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+