Maschad

By kuba • Iran • 27 Jun 2010

Po powrocie z Damavandu zostaliśmy przez dwa dni w Teheranie.  Trzeba było się domyć, wyspać, wyprać no i najważniejsze – zagłosować w ambasadzie.  Fajnie się tam Polakom żyje.  Są na placówce przez 4 lata.  W tym czasie pływają sobie w „przyambasadnym” basenie i zwiedzają Iran i okoliczne kraje.  Uraczyliśmy też znajomych kolacją w postaci mizerii i zrazów (z ogóreczkiem kiszonym, bo Irańczycy owszem, posiadają takowe, natomiast bez słoninki – świnia to najobrzydliwsze że zwierząt, każdy po jej zjedzeniu dostaje paskudnego robactwa i umiera w cierpieniach – tak przynajmniej mówi święty i mądry mułła w telewizji w programie „Jak żyć”).  Zrazy wyjątkowo wszystkim smakowały, miały jeszcze lepsze wzięcie niż pierogi.  Po ‘stolicznym’ życiu, wypoczęci i przekarmieni znów wyruszamy w podróż.  Tym razem w powiększonym składzie (my, Maryam i Julica – poznana w Teheranie Niemka, która od pół roku samotnie podróżuje po świecie).

Jedziemy najtańszym, nocnym pociągiem (bo na inny nie było już miejsc) do Maschadu – jakieś 800 km.  Pociąg typu polskiej osobówki z czterema siedzeniami na przeciw siebie.  Wszystkie miejsca wyprzedane.  Klimatyzacji oczywiście brak, okna nie otkrywajutsja.  Ja mam problem, bo po Damavandzie złazi mi paznokieć z dużego palca, coś z niego wycieka i boli.  Ciężko mi wytrzymać, zwłaszcza, że nóg nie ma gdzie podziać.  Z pomocą przychodzi kochany mąż – całą noc spędza na dwóch „stołkach” w przejściu, żebym ja mogła rozłożyć się na podwójnym siedzeniu.  Dzieci płaczą, babiny się modlą, faceci śmierdzą, my się pocimy i tak mija 12 godzin.

Bogaci o te wspaniałe doświadczenia docieramy do Maschadu do domu naszego hosta – Rezy.  Ma bardzo duże mieszkanie, w którym mieszka sam z synem, sześcioletnim Yazdą.  Na pozostałych 4 piętrach swoje apartamenty ma jego bliższa i dalsza rodzina.  Codziennie wieczorem na dachu odbywają się imprezy.  Jeden z sąsiadów, Amir jest profesjonalnym muzykiem – gra na gitarze i śpiewa (naprawdę świetnie), za dwa miesiące ma ukazać się jego płyta, na razie kręci teledysk.  Reza prowadzi otwarty dom – ciągle ktoś tu przesiaduje, rodzina, przyjaciele, couchsurferzy.  Oprócz naszej czwórki pomieszkują jeszcze dwaj rowerzyści z Francji – zanosi się, że posiedzą dłużej, bo muszą załatwić turkmeńską wizę (powodzenia!).  Yazda jest bardzo rezolutny i idzie się z nim dogadać po angielsku.  Podczas gdy Reza jest w pracy, młody oprowadza nas po okolicznych sklepach i pomaga w zakupach.  Pierwszego dnia siedzimy głównie w domu, odsypiamy noc w pociągu i oglądamy przepiękne zdjęcia Juliki – dziewczyna odwiedziła naprawdę ciekawe miejsca (min.  Koreę Północną, Bhutan i Antarktykę).  Robi rewelacyjne zdjęcia i ciekawie opowiada.

Drugiego dnia idziemy w miasto.  Maschad słynie z bycia „świętym”.  Coś jak nasza Częstochowa, lub lepiej – Irańska Mekka – jest tam mauzoleum Imama Rezy – olbrzymi kompleks, do którego ciągną miliony pielgrzymów z Iranu i nie tylko.  Przy wejściu rewizja osobista – szukają (i to bardzo dokładnie) wszelkiego sprzętu elektronicznego (zdjęcia zabronione).  Wszystkie kobiety muszą być oczywiście w czadorach (czador po arabsku i w Farsi to namiot – słuszne określenie 🙂 My z Juliką pożyczamy nasze od miłej pani z tutejszego biura.  Niestety, są prawie białe i dosyć mocno rzucamy się w oczy wśród tłumu „czarnych madonn”.  Mimo to Maryam i mamie piosenkarza Amira (dziś on jest naszym przewodnikiem) udaje się nas przemycić do głównej komnaty, do której innowiercy nie mają wstępu.  Wewnątrz tłum i ścisk, wszyscy się pchają, żeby dotknąć sarkofagu, kobiety płaczą (ze szczęścia chyba), taranuje nas batalion wózków inwalidzkich (osoby kalekie przybywają tu licznie w nadziei na cudowne uzdrowienie).  Ciekawe doświadczenie, ale w sumie nic specjalnego.

Z mauzoleum wywołuje nas Reza – mamy natychmiast pojawić się w pobliskiej restauracji, bo on już tam czeka na nas z obiadem.  Jedziemy więc do lokalsowej knajpy na dizi – tradycyjną irańską potrawę.  Najprościej opisać ją jako „pomidorówkę z wkładką” – pływają w niej całe pomidory, cieciorka, ziemniaki, mięsko i tłuszcz.  Bardzo smaczna potrawa i ciekawie się ją je.  Najpierw porwany na kawałki chleb zalewa się wywarem z zupy a resztę zawartości należy przerobić na puree specjalnym, małym tłuczkiem.  Pycha.

Po obiedzie siostra Rezy zabiera nas do parku wodnego (tylko dziewczyny) – dziś akurat przypada dzień, w którym mogą się tam bawić kobiety (w Iranie plaże, baseny i wszystkie kluby sportowe mają oddzielne dni funkcjonowania dla mężczyzn i kobiet).  W parku wodnym rewizja jeszcze dokładniejsza niż w mauzoleum.  Kilka punktów kontrolnych.  Zabronione wchodzenie z ręcznikami (można w nich przecież ukryć mini mikrofon lub kamerkę), paranoja.  Po godzinie przebierań i przeszukiwań możemy wreszcie się pobawić.  Frajda nieziemska, rewelacyjne zjeżdżalnie i sauny.  Zostajemy tam do zamknięcia.  Wreszcie mam okazję przyjrzeć się Irankom – choć w świecie słyną z urody, jestem rozczarowana.  Właściwie wszystkie są brzydkie, grube, zaniedbane i owłosione (również na plecach).  Po wspaniałej zabawie postanawiamy zobaczyć jak mauzoleum Imama Rezy wygląda po zmroku.

Tym razem przy rewizji mamy mniej szczęścia – kontrolerka przyczepia się do braku skarpet u mnie i Juliki.  Klops – na trzy dziewczyny tylko Maryam ma skarpetki.  Wchodzi więc pierwsza, a Kuba po kolei wynosi przez bramki skarpety najpierw dla mnie a potem dla Juliki.  Wewnątrz nikt się już nie czepia.  Święte miejsce po zmroku wygląda dużo lepiej.  Jest mnóstwo świateł i panuje wyjątkowa atmosfera.  Zwłaszcza, że akurat przypada święto narodzin syna Imama Rezy i odbywają się specjalne nabożeństwa i śpiewy.  Uświęceni na zawsze (wizyta w mauzoleum zapewnia pójście do nieba po śmierci (nie wiem, czy dla innowierców to też ma zastosowanie) wracamy do domu na imprezkę.

Następnego dnia o 6 rano idziemy na tradycyjne Irańskie śniadanie (gotowana głowa owcy wraz z móżdżkiem i gałkami ocznymi) i taksówką udajemy się do Turkmeńskiej granicy.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+