Maraton przez AmerykęCentralną

By kuba • Slawador • 27 May 2011

Nie mieliśmy pojęcia, że Ameryka Centralna będzie tak różnorodna i ciekawa.  Szkoda, że nie mamy czasu, żeby zwiedzić ją należycie.  Choroba mocno pokrzyżowała nam i tak napięte plany – bardzo brakuje nam tych przeleżanych dwóch tygodni.  Data powrotu już wyznaczona, bilety lotnicze kupione – nie da rady nic przesunąć, trzeba pędzić do Cancun, bo stamtąd jest nasz lot.  Wcześniej jednak spotykamy się z rodzinką w Gwatemali, i to już za 9 dni.  Dlatego decydujemy sę nie zatrzymywać w Nikaragui i Hondurasię.  Nie tym razem.  Z Kostaryki łapiemy bezpośredni autobus do stolicy Salwadoru.  Chcemy zobaczyć to małe i najmniej turystyczne w regionie państewko.

Tutejsze autobusy nie jeżdżą nocą, podono jest zbyt niebezpiecznie.  Dlatego też na noc zatrzymujemy się w Managua, stolicy Nikaragui.  Firma autobusowa ma własny hotel na terminalu.  Docieramy tam po 22:00 i o 5:00 rano wyruszamy w dalszą drogę, ale nocleg w Nikaragui mamy zaliczony 🙂 Potem jeszcze śmigamy przez Honduras oglądając przez szybę malownicze pagórki i położone na nich smutne, liche wioski.

Wszystkie przejścia graniczne pokonujemy szybko i bez problemów.  Celnicy pobieżnie sprawdzają paszporty podczas gdy ich koledzy z oddziału antynarkotykowego razem z psami sprawdzają nasze bagaże.  W większości przypadków nie wysiadamy nawet z autobusu.  Więcej kontroli jest w Salwadorze.  Tu jeszcze 10 lat temu toczyła się wojna domowa, większość cywilów posiada broń i nosi ją przy sobie, na ulicach sporo policji, wojska i ochroniarzy z bronią maszynową.  Władze są przewrażliwione.  W kraju podobno szaleją dwa gangi.  My jednak nie widzimy nic niepokojącego i czujemy się bezpiecznie.  Nawet więcej niż bezpiecznie – czujemy się tu jak długo wyczekiwani goście.  Ludzie w Salwadorze są niesamowici! Niezwykle przyjaźni, życzliwi, mili, sympatyczni i zawsze uśmiechnięci, cierpliwi i wyrozumiali dla naszej kiepskiej znajomości hiszpańskiego.  To najmilszy naród jaki poznaliśmy w Ameryce Południowej i Centralnej, może nawet w całej podróży (chociaż być może gdybyśmy mówili po khmersku czy tajsku tak jak po hiszpańsku mielibyśmy jeszcze lepsze wrażenia z interkacji z Azjatami 🙂

San Salwador, jak żadna że stolic Ameryki Centralnej, specjalnie nas nie zachwyca – wygląda jak średniej wielkości amerykańskie miasto z szerokimi ulicami, mnóstwem fast foodów i supermarketów.  Oczywiście po zmroku panuje zakaz chodzenia po ulicy dla gringos – trzeba brać taksówki.  My jednak mieszkamy w miarę dobrej dzielnicy, więc ryzykujemy pieszą wyprawę do supermarketu zakończoną sukcesem – nie tracimy życia, zdrowia ani dobytku.

W San Salwadornie zabawiamy długo – nie wiele tu jest do roboty.  Jedziemy w strone granice Gwatemalskiej zatrzymując się po drodze w miasteczkach leżących na szlaku zwanym Ruta de las Flores.  Miasteczka te są urocze – malutkie, przytulne i bardzo miłe oraz pięknie położone wśród wzgórz.  Śliczne uliczki, przy nich kolorowe domy, a w okolicy piękne wodospady i jeziora do których można robić spacery.  Mamy szczęście, bo akurat jest weekend i w miasteczku Juahua, gdzie nocujemy jest fiesta – porozstawiane stragany z różnistym jedzeniem, przy odrobinie szczęścia można tu spróbować świnki morskiej lub iguany.  Nam jednak szczęście nie dopisuje i załapujemy się jedynie na grillowaną żabę (pycha!).  Relaksujemy się przez kilka dni, łazimy po miasteczkach Ataco i Apaneca oraz ich okolicy.  Niestety, czas goni, więc ruszamy dalej do Gwatemali.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+