Manila

By kuba • Filipiny, UNESCO • 5 Nov 2010

„Manila” znaczy „tam gdzie rosną lilie wodne”.  Liliją jednak to miasto z pewnością nie jest.  Ani „perłą Pacyfiku” – jak było nazywane jeszcze pod koniec XIX wieku.  Wszystkiemu winna II Wojna Światowa i bitwa stoczona o miasto między Amerykanami i Japończykami.  Manila, podobnie jak Warszawa, została wtedy dosłownie zrównana z ziemią.  Zginęło 150 tys.  ludzi (więcej niż w Hiroszimie).  Miasta nigdy do końca nie odbudowano.  Dla sprawiedliwości trzeba powiedzieć – są w Manili ładne miejsca- starówka ma swój urok, Makati – główna ulica, wokół której skupia się dzielnica biznesowa jest zadbana i nowoczesna.  Ale reszta miasta – syf, błoto i paskudne, stare i umorusane, dziwaczne budowle.

Na ulicach zgiełk – panoszą się głównie jeepney’e i tricykle, czyli filipińskie wynalazki stanowiące podstawę transportu publicznego.  Jeepney to skrzyżowanie jeepa z autobusem.  Wyglądają pokracznie i zabawnie: są niskie, z przodu przypominają zabytkowego rolls-royce’a, z tyłu -jamnika, trochę limuzynę.  Tyle, że to porównanie trochę na wyrost, bo jeepney’e wykonane są że zwykłej, tandetnej, cienkiej blachy (takiej jak dawniej w Polsce miski, wiadra i balie).  Większość z nich jest dodatkowo pomalowana na kolory tęczy i poobwieszana różnego rodzaju odpustowymi ozdobami.  A tricykl to motorynka z koszem – wszystko oczywiście „home made”.  Może takim wynalazkiem jechać 5-6 pasażerów, plus kierowca.

Znów mamy szczęście do couchsurfingu.  Gości nas przesympatyczna rodzinka – Nicole oraz jej rodzice.  Mieszkają w nieciekawej dzielnicy (znaczy się w centrum 🙂 Okolica jest paskudna, ale dom naszych gospodarzy – wspaniały.  Duży, wielopiętrowy, zbudowany tuż po wojnie, ma klimat i „duszę”.  Nasi gospodarze należą do zamożnych – w domu jest sporo służby, mają własnego kierowcę (który z resztą nas woził dokąd tylko zechcieliśmy 🙂 Ojciec rodziny jest prawnikiem – szefem działu prawnego jednej z największych filipińskich korporacji, mama jest pielęgniarką z wykształcenia, ale prowadzi własną firmę, Nicole ma 28 lat i pracuje w firmie, która opisuje amerykańskie wyniki badań – prześwietlenia i rezonanse.  Wszyscy mieli jednak mnóstwo czasu, żeby się nami zajmować i zapewniać nam rozrywki wszelakie.  Tata jest kucharzem-hobbystą i co i rusz raczył nas filipińskimi przysmakami.  Był przeszczęśliwy, kiedy Kuba wykazał chęć spróbowania balut – znanego, filipińskiego przysmaku (i naprawdę popularnej przekąski).  Balut to gotowane kacze jajko, tyle, że takie bardziej „dojrzałe”.  Na tyle dojrzałe, że w środku jest już kurczaczek.  Podczas gotowania z kurczaczka robi się rosołek, który należy wypić zanim przystąpi się do konsumpcji właściwej.  Najlepsze są balut trzydziesto trzy godzinne – wtedy główka kaczuszki nie jest zbyt twarda i nie ma piórek 🙂 Ale są i miłośnicy bardziej „dojrzałych” egzemplarzy.  Nam jednak zaserwowano wersję 33-godzinną.  Nie wiem jak smakował rosołek, bo nie odważyłam się spróbować.  Kaczuszka smakowała jak małża czy jakiś inny, niedogotowany owoc morza – błotniście.  Śmierdziało nawet mniej niż się spodziewaliśmy 🙂 Mimo to, Kuba nie zdecydował się na dokładkę.

W Manili wylądowaliśmy we Wszystkich Świętych, udaliśmy się więc wraz z Nicole i jej mamą na cmentarz.  Po drodze złapała nas ulewa – właśnie kończy się mokry sezon (właściwie to powinien się skończyć już kilka tygodni wcześniej, ale klimat się zmienia).  Filipińczycy są głównie katolikami (tylko kilka wysp na południu zamieszkanych jest przez muzułmanów).  Ich cmentarze jednak zupełnie nie przypominają polskich.  Są to uliczki z piętrowymi budynkami, w których znajdują się krypty na trumny i miejsca na skremowane ciała.  Filipińczycy mają trochę „cygańskie” zwyczaje – 1 listopada na cmentarzu zbiera się cała rodzina, wszyscy rozsiadają się przy grobach i ucztują.  Nasi gospodarze swoją wizytę cmentarną „odbębnili” podczas gdy my odpoczywaliśmy po nocnej podróży samolotem i wieczorem wybraliśmy się tylko na spacer, żeby zobaczyć jak to wszystko wygląda.

Kolejną fajną wycieczką była wyprawa do wulkanu Taal.  Jest to nadal czynny wulkan, właśnie ostatnio zabroniono trekkingu wokół niego i do „małego” krateru, bo wykryto wzmożoną aktywność sejsmiczną.  Podczas naszej wizyty nic się jednak nie działo.  Mieliśmy dużo szczęścia, że w ogóle coś zobaczyliśmy, taka była straszliwa ulewa.  Na szczęście poczekaliśmy trochę w pobliskiej restauracji, niebo przejaśniło się i zobaczyliśmy wspaniały widok.  Taal to taki wulkan-matrioszka.  W olbrzymim kraterze wulkanu jest jezioro, a z tego jeziora na początku XX w.  wyłonił się mały kraterek z małym (siarkowym) jeziorkiem.  Widoki zapierają dech w piersiach.  Podobno w bezchmurne dni można zobaczyć jeszcze kilka mniejszych kraterów zanurzonych w jeziorze – nam jednak to nie było dane.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+