Malezja “off the beatentrack”

By kuba • Malezja • 4 Nov 2010

Przez ostatnie trzy miesiące byliśmy praktycznie cały czas na typowo turystycznym szlaku – przewodnikowe atrakcje, wyłącznie transport publiczny.  Trochę nas już to znudziło.  Pociąga nas przygoda.  Jedziemy dalej stopem.

Lubimy Malezję, to taki zrelaksowany kraj.  Wszystko jest tu proste i „na spokojnie”.  Po pierwsze – niby kraj muzułmański, a wszędzie tolerancja – wolność wyznania, ubioru, orientacji seksualnej.  Cmentarze – wspólne dla katolików, buddystów, muzułmanów.  Wszyscy ludzie mili, uśmiechnięci, pomocni, nie wkurzają ich nawet najbardziej wydziwione pomysły turystów z Europy.

Na przykład taki autostop – stoją turysty na drodze i wymachują.  No to trzeba zwolnić, odmachać, uśmiechnąć się, zagadnąć.  Malezyjczycy nie kumają istoty autostopu.  Po co marnować czas na drodze, jeśli można jechać klimatyzowanym autobusem? (te w Malezji są supernowoczesne, tanie i śmigają szybko po autostradach).  Udaje nam się przekonać kilku tubylców do tego wynalazku – poruszamy się 🙂 Trafiamy najpierw na dwóch młodych chłopaków – podrzucą nas 100 km, ale najpierw muszą „odwalić robotę” – znaczy się pobrać do badań próbki z kilku okolicznych zbiorników wodnych.  Jedziemy więc z nimi – zwiedzamy okoliczne bajora.  Panowie wysadzają nas w miasteczku, chociaż bardzo im się ten pomysł nie podoba – chcieliby z nami pojechać trochę dłużej.  Tłumaczą że ta droga, którą wybraliśmy jest mało uczęszczana i nic się nie zatrzyma – my jednak się upieramy.  Tym razem na kawałku kartonu piszemy gdzie chcemy jechać i tak uzbrojeni ruszamy drogą w kierunku dogodnego miejsca na stopowanie.  Tekturka okazuje się bardzo skuteczna, zatrzymuje się rodzinka nie mówiąca po angielsku, za to spragniona kontaktu z turystami.  W samochodzie jakoś się dogadujemy – pani kierowiec zadzwoniła do swojej córki, która zna angielski – okazuje się, niestety, że jadą tylko 20km w naszą stronę ale i to dobre 🙂 Z kolejną podwózką jest trudniej – jakoś nawet nikt się nie zatrzymuje, żeby pogadać.  Dopiero po upływie pół godziny orientujemy się, że kilkaset metrów przed nami jest patrol policji – nikt nie chce ryzykować postoju.  Postanawiamy więc się przenieść.  Gdy mijamy policjantów ci wspaniałomyślnie proponują nam pomoc – zatrzymują ciężarówkę i każą kierowcy nas zabrać 🙂 Kierowca nawet z tego faktu zadowolony.  Udaje się nam pokonać zaplanowaną na ten dzień trasę! Okazuje się jednak, że z Mersingu, w którym jesteśmy nie organizują już wycieczek po okolicznych wyspach i rafach koralowych.  A taki był nasz plan.  Pech.  Zapada decyzja, że następnego dnia (również stopem) jedziemy się plażować.

Plaża wspaniała (ale podobno na warunki Malezyjskie – przeciętna).  My jesteśmy zachwyceni.  Jest to miejsce lokalsowe – nie figuruje nawet w naszym przewodniku.  W Malezji nie ma teraz sezonu – właśnie zaczyna się monsun.  Ma to swoje dobre i złe strony.  Plaże mamy praktycznie dla siebie (pojawiają się na krótko dwa samochody z sympatycznymi małolatami na urlopie).  Niestety, niebo jest zachmurzone – ciężkie ołowiane chmury wiszą nad światem – to bardzo negatywnie wpływa na urodę tropikalnych widoków.  Nam to jednak nie przeszkadza – nie ma upału (ale jest ciepło), przyjemnie jest wylegiwać się na piasku, zażywać kąpieli w morzu i oddawać „robinsonowym” rozrywkom.  Wkoło pełno palm kokosowych.  Kuba znajduje kokosa i udaje mi się nawet dobrać do środka (choć wcale nie jest to łatwe i wymaga czasu).  Raczymy się pysznym mleczkiem kokosowym i miąższem, zbieramy muszle, czytamy i jest nam dobrze.  W nocy przychodzi burza z prawdziwą, tropikalną ulewą – nawałnicą.  Nas to jednak nie rusza – przezornie rozbiliśmy nasz namiocik na podwyższonej i zadaszonej, drewnianej werandzie.

Następnego dnia stopujemy dalej, aż do Johor Bahru – miasta granicznego z Singapurem (w czym znacząco pomaga nam tabliczka z nazwą miasta sporządzona przez Kubę – wyspecjalizował się już w ich produkcji).  Mamy szczęście – łapiemy auto jadące bezpośrednio tam gdzie chcemy.  Jest to krewetko-wóz – znaczy się, śmierdzi 🙂 Za to kierowca sympatyczny, choć nie mówi ani słowa po angielsku.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+