Mabul

By kuba • Malezja • 30 Nov 2010

Bladym świtem docieramy do Semporny – miasteczka wypadowego na pobliskie wyspy.  Nie jest to raj na ziemi – po ulicach biegają szczury i karaluchy-giganty.  Każdy zatrzymuje się tu właściwie tylko po to, żeby załatwić sobie łódkę i nurkowanie na okolicznych wyspach.  My też.

Jeszcze w autobusie poznajemy Adę i Stevena – postanawiamy trzymać się razem.  Nasi znajomi nie załatwili sobie nurkowania z wyprzedzeniem i okazuje się, że nie będą mogli nurkować na Sipadanie – nie ma już miejsc.  Zabierają się jednak z nami na wyspę Mabul – chcą trochę odpocząć i, być może, ponurkować w innych lokalizacjach.

Mabul jest ciekawą wyspą.  Nasze centrum nurkowe ma bazę w tradycyjnych drewnianych domkach na palach ustawionych w wodzie.  Pod stopami drewniana podłoga, przez którą prześwituje i chlupoce turkusowa woda. Bardzo nam się tu podoba.  Jest bardzo i skromnie, ale czysto i przyjemnie.  No i to mieszkanie na wodzie – wypas.

Pobliska wioska również cała jest zbudowana na palach.  Ulice tutaj to takie wąskie „mola” – niektóre że spróchniałych desek, ledwo się utrzymują nad powierzchnią wody.  Na tych „molach” wre życie – dzieciaki biegają, bawią się i co chwila wskakują do wody, kobiety piorą i gotują, rybacy łatają sieci.  Możnaby Łazić między domami gapić się godzinami.

Szokuje liczba dzieciaków – wydaje się że na każda rodzinę przypada co najmniej dziesięcioro.  Bawią się, połowę czasu spędzając w wodzie.  Biegają na golasa, dryfują na kawałkach styropianu i jak wszystkie dzieci uśmiechają się od ucha do ucha, krzycząc „picutre” albo „foto”.

Po przybyciu wrzucamy nasze klamoty do pokoju wypływamy na nurkowanie.  Mamy dwójkę instruktorów – Seana i Monikę.  Obydwoje są że Stanów, od kilku lat w podróży.  Co jakiś czas zatrzymują się w różnych miejscach na świecie, żeby zarobić nurkując, a potem ruszają w dalszą drogę.  Nie ma co – fajny sposób na tanie podróżowanie.

Nurkowanie oczywiście jest świetne – mnóstwo żółwi i rekinów.  Można też zwiedzić zatopioną wioskę – w ruinach domów spotkaliśmy największą rybę, jaką w życiu widzieliśmy (nie wiemy oczywiście jak się nazywa, ale była naprawdę wieeeelka – pękata, rozmiarów dwóch Kubusiów, a do tego srebrno – żółta).  Jesteśmy zachwyceni!

P.S.  Po przeszukaniu atlasów ryb – przypomniało nam się że to jest Grouper 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+