Lhasa

By kuba • Tybet • 2 Oct 2010

No i w końcu jesteśmy w Lhasie.  Sporo kombinowania, żeby tu przyjechać, ale warto było.  Lhasa to najpiękniejsze miasto, jakie widzieliśmy.  Chociaż może „najpiękniejsze” to nieodpowiednie słowo – najciekawsze, z najwspanialszą atmosferą.  Miasto leży w kotlinie, na wysokości 3600 m npm, otoczone jest górami.  Składa się z dwóch części – tybetańskiej i chińskiej.  Część chińska jest nudna – wygląda jak setki tysięcy innych miast w Chinach (no może nie licząc tych wspaniałych gór wyglądających z każdego kąta).

My przesiadujemy w części tybetańskiej i na starówce – o wiele ciekawszej i piękniejszej.  Architektura w Lhasie jest bardzo oryginalna, zupełnie inna niż wszystko, co do tej pory widzieliśmy.  Wszystko tu jest w tym samym stylu i do siebie pasuje: domy, świątynie i górujący nad nimi pałac Potala.  Tybetańskie budowle są białe, z ogromnymi, kolorowymi oknami.  Budynki niewysokie – najwyżej dwa, trzy pietra.  Kiedyś Potalę było widać dosłownie z każdego miejsca w mieście – teraz Chińczycy postawili kilka wyższych budynków.  Cały efekt psują czatujący na każdym rogu żołnierze chińscy – w zasiekach, poubierani jak do boju – hełmy, ochraniacze na nogi i ramiona, kamizelki kuloodporne i gotowe do strzału karabiny.  Tak, żeby przypomnieć „tybetańskim niewdzięcznikom” gdzie ich miejsce.  No i oczywiście nie można robić im zdjęć, jak zauważą – od razu każą kasować.  Życie Tybetańczyków jest trudne – bieda, ostry klimat i wszechobecna „opieka rządu chińskiego”.  Jakoś nie możemy polubić Chińczyków.  A po tym, jak zobaczyliśmy co wyprawiają w Tybecie mamy do nich jeszcze większą niechęć.  Robią biznes na Tybecie – sprzedają wycieczki, obiletowali wszystkie święte miejsca – klasztory, jeziora, góry.  Z mnichów zrobili kustoszy muzealnych lub zwierzęta w rezerwatach.  Smutny to widok.  Nasza przewodniczka musi prowadzać nas do rekomendowanych przez rząd miejsc – rządowy sklep z „antykami” tybetańskimi (są tutaj druki do powieszenia na ścianę, których ceny dochodzą do kilkuset tysięcy zł!) oraz „fabryka” tradycyjnych dywanów.  „Fabryka” to nic innego jak sklep z dywanami (oczywiście własność rządu chińskiego) plus teatrzyk pod tytułem „jak to tybetańskie wieśniaczki ręcznie tkają dywany”.  Młody Chińczyk prowadzi nas do „tkalni” – kobiety siedzą sobie przy urządzeniach, coś tam jedzą, rozmawiają że sobą i przez komórki.  Na nasz widok zaczynają śpiewać tradycyjne pieśni i zabierają się do tkania dywanów.  Chińczyk zachęca nas do robienia zdjęć – jakoś nie mamy ochoty.  Wychodzimy, kobiety wracają do swoich poprzednich zajęć, a my teraz musimy obejrzeć sklep – „good price for you” i „zapakujemy i wyślemy wam dywan do domu”.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+