Levada de Castelejo i Sao Lourenco

By kuba • Góry, Na stópkach, Portugalia • 20 Aug 2014

Cały czas nie mogę się nacieszyć miejscówką, w której mieszkamy. Najbardziej podoba mi się widok z okna (na malownicza dolinę i ocean) i tarasy w ogrodzie. Jedzenie śniadania w takich okolicznościach przyrody to ogromna przyjemność. Nie sprzyja jednak szybkiemu zbieraniu się w trasę. Moglibyśmy siedzieć na słoneczku i popijać kawkę godzinami.

Tego dnia, jednak, udaje nam się zebrać dość sprawnie. Chcemy „zaliczyć” aż dwie trasy – pierwsza z nich to levada, druga – szlak biegnący wzdłuż najbardziej wysuniętego na wschód półwyspu – Sao Lourenco. Po drodze zajeżdżamy na drugi co do wysokości szczyt wyspy – Pico do Arieiro. Wygodna, asfaltowa szosa prowadzi prawie na sam szczyt. Jedziemy przez jakiś czas w mleku, by pod koniec trasy znaleźć się nad chmurami. Na szczycie wita nas piękna pogoda – lekki wiaterek (mimo, że tam zwykle lubi szaleć wichura), słońce, błękitne niebo i oszałamiające widoki. To stad rozpoczyna się jeden z najpiękniejszych szlaków na wyspie zwany dachem Madery, łączący dwa najwyższe szczyt Pico do Arieiro i Pico Ruivo. Wpisujemy tę trasę na naszą listę „do zrobienia” i ruszamy w dalszą drogę, do levady de Castelejo.

Levadas to kanały nawadniające maderskie, tarasowe pola. Ktoś sprytny, pracujący przy utrzymaniu kanałów stwierdził, że wędrowanie wzdłuż levad to przyjemny, spektakularny i niezbyt męczący sposób na przemierzanie maderskich gór. I tak powstały szlaki turystyczne wzdłuż kanałów będące jedną z największych atrakcji turystycznych wyspy. Levad na Maderze jest zatrzęsienie. Są to szlaki bardzo zróżnicowane pod względem widoków, długości i trudności, ale łączy je jedno – łagodne spadki i wzniesienia.

Levady de Castelejo nie ma w żadnym przewodniku – Kuba wynalazł ją na mapie i mu się spodobała. Dobrze trafiliśmy, bo wiodła najpierw przez wioskę a potem już w dzikim terenie, wzdłuż doliny . Mogliśmy więc zobaczyć jak woda z levad jest wykorzystywana w praktyce. Jurek był zachwycony szlakiem właśnie ze względu na wodę – wrzucał do niej patyki i szyszki a potem je goniliśmy. Minusem levad jest brak miejsc na wypoczynek – praktycznie cały czas jest dosyć wąsko i trudno znaleźć bezpieczną i wygodną miejscówkę na popas i rozłożenie się z dwójką dzieci i klamotami. Ale tragedii nie było.

Spacer levadą zajął więcej czasu niż szacowaliśmy. Do tego poszukiwanie knajpy na obiad (skończyliśmy w barze dla TIR-owców w porcie na całkiem przyzwoitych fish&chips) i samo jedzenie zajęło sporo czasu i zaowocowało tym, że na kolejny szlak wyruszyliśmy koło 17:00. Trochę późno jak na rozpoczynanie wędrówki górskiej. Na szczęście zmrok zapada późno a trasa nie była długa ani trudna. Za to naprawdę przepiękna. Podziwialiśmy spalony słońcem półwysep i kontrastujący z nim błękit oceanu. Widoki zapierały dech w piersiach a plusem późnego wymarszu było wspaniałe, wieczorne światło i zachód słońca. Jurek za to miał frajdę z oglądania startujących i lądujących samolotów – nad półwyspem przebiega trasa na lotnisko.

Lotnisko na Maderze to też ciekawostka. Jest, delikatnie mówiąc, wyjątkowe. To było jedno z najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie – ciężko było wcisnąć pas startowy w górzysty krajobraz wyspy. Po kilku wypadkach kiedy to lądujące samoloty nie wyrabiały się na zbyt krótkim pasie i wpadały do oceanu pas startowy przedłużono budując gigantyczny wiadukt wcinający się w morze. Wygląda to imponująco i zarazem przerażająco. Całe szczęście, że nie wiedziałam jak wygląda to lotnisko przed podróżą – tylko niepotrzebnie bym się cały lot zamartwiała.

Tags: , ,

One Response

  1. Piękne zdjęcia! Podróże z dwójką maluchów to już inna inszość 😉 Ale też się da! Synuś widać przeszczęśliwy, maluka na pewno też. Pozdrawiamy!

  • RSS
  • Facebook
  • Google+