Kapadocja

By kuba • Góry, Turcja, UNESCO • 29 Apr 2010

Do Kapadocji dotarliśmy wczesnym rankiem po 10-sięcio godzinnej gimnastyce w autobusie.  Autobus nowy, ładny i wygodny, ale nas rozczarował.  A to dlatego, że na trasie Stambuł-Pamukkale jechaliśmy prawdziwą limuzyną wśród autobusów – tylko trzy rzędy siedzeń, fotele skórzane, rozkładane, przed każdym telewizorek, możliwość korzystania z prądu i free wifi.  W porównaniu do takiego wypasu, autobus do Kapadocji wypadł blado.  Rozczarowania nie osłodził nawet steward (jest w każdym tureckim autobusie, serwuje napoje i ciasteczka).  Była to już druga z rzędu noc w autobusie – zmęczenie i niewyspanie dało znać o sobie.  Do tego straszliwie bolały nas karki zdrętwiałe od długotrwałej jazdy.  Poranek rozpoczęliśmy więc w nie najlepszych humorach.  W dodatku Kapadocja to prawdziwy młyn turystyczny.  Gigantyczny przemysł nastawiony jedynie na naciąganie turystów na kasę.  Nam takie klimaty nie bardzo odpowiadają, no ale MUSIELIŚMY zobaczyć te wspaniałe krajobrazy! Dodatkowo podliczyliśmy dotychczasowe wydatki i okazało się, że znacznie przekraczamy ustalony, dzienny budżet.  Postanowiliśmy więc zbojkotować cały tutejszy przemysł turystyczny, zakupiliśmy w sklepie chleb, ser, oliwki, wodę i przepyszną chałwę i udaliśmy się na pobliskie wzgórze, żeby spożyć śniadanko.  Przed nami rozpościera się wspaniały krajobraz, a w dole rolnik i jego koń orali pole.  Sielanka, gdyby nie to, że było straszliwie zimno i wiało 😉

Po śniadaniu skierowaliśmy się do Doliny Miłości.  To jeden z najbardziej znanych zakątków Kapadocji – pełno tam charakterystycznych skał o kształcie grzybów lub, jak kto woli, „penisków” (oceńcie sami w galerii).  Pogoda się znacznie polepszyła, zrobiło się ciepło, pokazało się słoneczko, widoki były wspaniałe, więc i humory nam się poprawiły.  Znaleźliśmy cichy zakątek w sam raz na drzemkę i pospaliśmy że dwie godzinki.  Dołączyła do nas rodzina psów – matka i dwójka szczeniąt, które towarzyszyły nam już do końca dnia.  Pieski liczyły chyba na coś do jedzenia, ale my nie mieliśmy czym ich poczęstować.  Okazało się, że nawet wody mamy za mało.  A to już problem.  W okolicy były tylko śladowe ilości wody w strużkach, które kiedyś były strumykami.  Kuba wykopał w jednym z nich dołek, tak, żeby zebrało się trochę więcej wody.  Udało nam się nazbierać około litra – rozdziewiczyliśmy też nasze tabletki do odkażania wody (proces oczyszczania trwa 4 godziny – woda będzie więc jak znalazł na kolację).  Wieczorem trochę popadało, a my przenieśliśmy się do Doliny Gołębi – tam zamierzaliśmy przenocować.  Znaleźliśmy doskonałe miejsce na namiot, po raz pierwszy odpaliliśmy kuchenkę (działała bez zarzutu), nagotowaliśmy herbatki i zjedliśmy liofilizowany makaron że strogonowem.  Udało nam się jeszcze trochę umyć w maleńkim strumieniu, w którym prawie nie było wody.  Uszczęśliwieni tym faktem po prostu padliśmy i spaliśmy 12 godzin.

Następnego ranka tak szybko, jak tylko się dało zebraliśmy namiot.  Niestety, wstaliśmy trochę za późno i zanim się zebraliśmy pojawił się lokals z zamiarem wyłudzenia od nas pieniędzy.  Zaczął opowiadać, że spaliśmy w jego ogrodzie, sugerując, że powinniśmy mu za ten zaszczyt odpalić okrągłą sumkę.  Kuba jednak dosyć asertywnie się go pozbył.  Na dictum „This is my gadren” odpowiedział: „So you have a very beautiful garden”.  Po tym stwierdzeniu lokals sobie poszedł, mamrocząc coś pod nosem, że Czesi i Polacy są tacy sami „ No hotel, no money”.  My natomiast ruszyliśmy w drogę w poszukiwaniu Rose Valley.  Chcieliśmy się nią przedostać do miasteczka Urgup.  Pogoda tego dnia dopisywała – słońce dosyć mocno przygrzewało na błękitnym niebie.  Mimo grubej warstwy kremu z filtrem pod koniec dnia obydwoje byliśmy dość mocno opaleni, żeby nie powiedzieć zjarani.  Rose Valley była przepiękna, ale dała nam też w kość – strome podejścia nie byłyby może takie trudne, gdyby nie nasze ciężkie plecaki.  Schetaliśmy się.  Mijani po drodze turyści patrzyli na nas z podziwem.  Usłyszeliśmy nawet , że jesteśmy „true exemple of real hikers”.  Po wyjściu z doliny postanowiliśmy w końcu spróbować swojego szczęścia w poruszaniu się stopem.  Udało się już za pierwszym machnięciem! Zadowoleni dotarliśmy do Urgup.  Zrobiliśmy zakupy w markecie, poserfuwoliśmy trochę w internecie i oboje poczuliśmy, że ten dzień mocno dał nam w kość i że chyba zaczyna nas dopadać choróbsko.  Dodatkowo żadne z nas nie pamiętało, kiedy ostatnio się porządnie umyliśmy – zapadła więc decyzja o noclegu w hotelu.  Jutro chcemy stopem dotrzeć dalej na południe, do Ala Daglar (gór Ala) – zamierzamy tam zdobyć szczyt Demikazik (ok 3700 npm).

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+