Kajaki

By kuba • Kajaki, Nepal • 26 Oct 2010

W końcu się udało! Jadę na kajaki.  Rzeka Setia (część dolna) ma być podobna do tego, po czym robiliśmy rafting – czyli dużo wody, w większości plaska, ale momentami trójkowymi.  Dołączyłem do jednego pontonu i kolesia, który asekurował raft na kajaku (imię zapomniałem).  On też miał być moim instruktorem.  Pierwszy dzień zapowiadał się w miarę spokojnie i tak było – w sumie to dobrze, bo się trochę oswoiłem że sprzętem i rzeką.  Nic wielkiego się nie wydarzyło, za to kemping był bardzo przyjemny.  Dodatkowo przytrafiła mi się przygoda – poszedłem szukać zasięgu (bo chciałem się skontaktować z Martą – dać znać, że żyje).  Zasięgu nie znalazłem, ale za to mnie znaleźli lokalsi.  Żyją oni bardzo ubogo, praktycznie z tego, co sami wyhodują i zasadzą.  No i oczywiście z tego co napędzą – poczęstowali mnie jakimś bimbrem (nalewanym z karnistra po oleju napędowym) na oko ok 25% (ale wala to szklankami).  Po pół godzinie konwersacji – głownie na migi oraz dwóch szklankach musiałem się pożegnać, bo bym do rzeki nie zszedł.

Drugiego dnia zaczęło się ciekawie, ale bardzo szybko się skończyło – fajny był tylko krótki odcinek rzeki.  Na szczęście niedaleko znalazłem ładne bystrze z cofką i mogłem sobie potrenować – przepromowć się przez taką rzekę to jest ciężka praca 🙂 Ale udało mi się nawet parę razy posurfować na fali.  Po skończonym pływaniu nadeszła pora rozbić namiot: 2 wiosła, trochę kamieni, plandeka i voila! Niestety, konstrukcja nie przewidywała zmiany kierunku wiatru i w nocy wszystko nam się na łeb sypnęło.

Na obiad jadaliśmy głównie Dalbat – nepalskie, podstawowe jedzenie: ryż, soczewica, cos zielonego (Marta twierdzi, że szpinak) i curry.  Co najważniejsze, jak tylko Ci się skończy na talerzu, to w knajpach zawsze dokładają.  Oczywiście wszyscy Nepalczycy jadają to wymyślne danie rekami – co mi bardzo odpowiada.  Jest tylko jeden minus, jako że to bywa bardzo ostre pali nie tylko jama ustna, ale też cała buzia dookoła 🙂

Trzeciego dnia pojechaliśmy w górę rzeki Trisuli (po której wcześniej robiliśmy rafting).  Udało się złapać stopa i po jakiejś godzinie byliśmy 30 km dalej.  Ten odcinek najbardziej mi się podobał – miejscami fale były takie, że kolesia płynącego przede mną momentami nie widziałem 🙂

Wyjazd udał się bardzo dobrze, pomimo tego, że miało to być szkolenie a skończyło się na spływie.  Niestety, mój instruktor nie umywał się do naszej Habaziowej kadry szkoleniowej.  Do tego nie bardzo mógł się wykazać, bo żadnej kabiny nie było, tylko siekałem eskimoski.  Ostatniego dnia to było z kilkadziesiąt 🙂

P.S.  A jako że mam głos to chciałbym wszystkich zachęcić do imprez organizowanych przez Habazie: po pierwsze – kursu organizowanego na wiosnę (zapisy na początku roku – chyba) i po drugie – wszystkich spływów, które klub organizuje – głownie akcji lato (szczegóły na www.habazie.pl)

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+