Kafka w Taszkiencie

By kuba • Uzbekistan • 13 Jul 2010

No i jesteśmy z powrotem w Taszkiencie, służbowo.  Zadania do wykonania: załatwić wizę chińską oraz pozwolenie na wjazd do Pamiru – słynny GBAO permit.  Zarówno ambasada chińska jak i tadżycka czynna jest w godz. 9:00-12:00 i oczywiście znajdują się w dwóch różnych częściach miasta (przy czym tadżycka zmieniła adres – nie znamy nowego).  Prosto z pociągu pędzimy do ambasady chińskiej.  Do jej otwarcia jest jeszcze sporo czasu, ale przed bramą kłębi się już tłum interesantów.

Dzięki Czecho-Słowenom udaje nam się ustawić w kolejce z numerem 6.  Jest poranek, ale już bardzo gorąco.  Atmosfera nerwowa.  Ambasada miała tygodniową przerwę w funkcjonowaniu – uzbierało się sporo zaległości.  Po otwarciu okienka okazuje się, że spędzimy tu sporo czasu – strażnicy wpuszczają poza kolejnością Chińczyków, pracowników agencji pośredniczących w załatwianiu wiz i „dyplomatów” (według nas – tych, co dali w łapę, bo jaki dyplomata by stał kilka godzin w kolejce pod ambasadą?).  Wkurzamy się coraz bardziej, dochodzi do przepychanek przed bramą.  Postanawiamy się rozdzielić – Kuba zostanie w kolejce, ja pojadę dowiedzieć się o permit.  Bez trudu znajduję taksówkarza, który zawozi mnie na miejsce (znaczy – zna nowy adres placówki).  Tadżycka ambasada jest „najmilszą” jaką do tej pory odwiedziłam.  Sprawnie dowiaduję się, że bez problemu mogę tu załatwić pozwolenie w jeden dzień za 25 USD (agencje turystyczne twierdzą, że potrzeba na to 2 tygodnie, ewentualnie proponują usługę ekspres – permit za 80 USD w 7 dni!).  Problemem są paszporty – powinnam je zostawić Tadżykom na kilka godzin, a potrzebne są do wyrobienia wizy chińskiej.  Przemiła pani zgadza się jednak przyjąć mnie jeszcze raz po południu – o 16:00.  Wypełniam wszystkie potrzebne formularze, składam aplikację u Tadżyków i pędzę do Chinoli.  Tam okazuje się, że Kuba musiał przepuścić w kolejce 2 osoby – kolejka podczas mojej nieobecności przyspieszyła.  Niestety, po moim przyjściu znów pojawili się „uprzywilejowani”.  Czekamy, gawędzimy z innymi petentami, poznajemy kilku podróżników.  Wreszcie (grubo po 11:00) wchodzimy do budynku! Przed nami z urzędasami kłóci się Francuzka – nie chcą jej dać wizy, chcą zaproszenie.  Boimy się, że całą awantura źle nastroi panią konsul i nie dostaniemy wizy.  Różnie to bywa…  Dodatkowo pani konsul oświadcza, że tego dnia przyjmie jeszcze tylko 5 osób (prosi strażnika, żeby byli to przedstawiciele agencji – współczujemy pozostałym turystom).  Na szczęście kiedy przychodzi nasza kolej bez problemu negocjujemy ekspresową wizę, dwukrotny wjazd, każdy pobyt 60 dni.  Bez żadnych zaproszeń i dodatkowych dokumentów! Jest tylko pewien problem – paszporty będziemy mieć dopiero o 17:30, a to znaczy, że nie zdążymy do Tadżyków…  Pędzimy więc znowu do ambasady tadżyckiej.  I znów pani idzie nam na rękę – obiecuje poczekać na nas do 18:00, jak tylko przyniesiemy paszporty, wstępuje nam permit.  Uradowani, że tak łatwo nam poszło postanowimy się zrelaksować.  Ten dzień dał się nam już mocno we znaki, upał jak zwykle straszliwy.  Obmyślamy też menu na dzisiejszy wieczór – obiecaliśmy Bahromowi i jego żonie, że przygotujemy coś polskiego.  Możliwe, że na kolację dołączą do nas Czecho-Słoweni (wegetarianie), więc potrawa musi być bez mięsa.  Wybór pada na placki ziemniaczane.  Punktualnie o 17:00 stawiamy się znów przed ambasadą chińską.  Mamy nadzieję, że może uda nam się odzyskać nasze paszporty wcześniej.  Nic z tego…Czas płynie, pod ambasada pojawia się coraz więcej ludzi (tym razem jesteśmy pierwsi w kolejce) a blaszane drzwi wydziału konsularnego ani drgną.  Dzwonimy do głównych drzwi – mamy nadzieję, że uda nam się kogoś przekonać, żeby wyniósł nasze paszporty.  Naświetlamy sytuację najpierw grubemu Chińczykowi, potem grubej Uzbeczce – oboje rozumieją nasz dramat (ambasada tadżycka zamyka się za 15 min, my musimy dostać permit, bo dziś jest przedostatni dzień ważności naszej wizy, jutro MUSIMY przekroczyć granicę z Tadżykistanem) i obiecują pomoc.  Okazuje się jednak, że wizy nie są jeszcze gotowe – dopiero je drukują, potem trzeba je jeszcze wkleić do paszportów i podstemplować.  O 19:00 poddaję się (propusk w Pamir już przepadł) i idę na zakupy a Kuba zostaje w kolejce..  Po kolejnej godzinie, ja z zakupami, Kuba – z paszportami i wizami wracamy do domu.  Mamy dość Kitajców i już wcale nie chce nam się jechać do Chin, jesteśmy obrażeni.  Wracamy do domu padnięci, ale słowo się rzekło – trzeba smażyć placki.  Robimy dwa rodzaje – zwykłe i z natka pietruszki.  Dodatki: śmietana, cukier i kawior (w dowolnej konfiguracji).  Placki wychodzą pyszne, ale naszym hostom chyba nie do końca smakują .  My natomiast zajadamy że smakiem.  Staram się nie myśleć o tym, że w kuchni, w której je smażyłam lata pełno karaluchów – po ścianach, w szafkach, w zlewie, na blatach.  Musiałam się nieźle namęczyć, żeby przy smażeniu nie właziły mi do miski z ciastem.  Brrrrrrrr…  Po udamy wieczorze zmykamy spać – następnego dnia przedostajemy się do Tadżykistanu.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+