Jezioro Titicaca i pożegnanie z Boliwią (i Ameryką Południową)

By kuba • Boliwia • 10 May 2011

Nad jeziorem Titicaca lądujemy tuż przed Wielkanocą.  Znaczy się w Wielki Czwartek.  Okazuje się, że Wielkie Czwartek i Piątek to w Boliwii największe święto.  Zwłaszcza tutaj, w Copacabanie (to boliwijska wiocha a nie brazylijska plaża, nie mylić:) Nazjeżdżało się pełno pielgrzymów boliwijskich oraz argentyńskich, którzy mają brać udział w piątkowej procesji na pobliską górę – w Boliwii to wielkie, wielkie święto.  Pielgrzymowie pozajmowali większość miejsc w hotelach (których ceny skoczyły dwukrotnie).  Ci co się nie zmieścili w hotelach ulokowali się w namiotach na plaży i dosłownie wszędzie – każdy najmniejszy kawałek trawniczka w miasteczku zastawiony jest namiotami.

Na ulicach tłum i ścisk.  Bo oprócz lokalsów zjechało mnóstwo turystów, żeby cały ten cyrk podziwiać.  My postanowiliśmy trzymać się nieco na uboczu.  Pływamy trochę łódką po jeziorze i zwiedzamy Islę del Sol, czyli święte miejsce Inków (według legendy na tej wyspie narodziło się słońce).  Krajobrazy są piękne, ale jesteśmy trochę rozczarowani, bo na wyspie mało jest lam.  A nam krajobraz jeziora Titicaca jakoś tak kojarzy się z lamami.  Pewnie w Peru jest ich więcej i ogólnie chyba jednak Titicaca w Peru jest fajniejsze, bo są tam słynne pływające wioski.  Tutaj jest kilka takich „sztucznych” wysp, ale to produkt mega turystyczny i kiczowaty.  Szkoda nawet o tym wspominać.  Poza tym Boliwijczycy cały czas działają nam na nerwy swoim wyrachowaniem.  Wiem, że jesteśmy w turystycznym miejscu, ale ta ich nachalność na pieniądze już nas naprawdę męczy.  Przykład: spacerujemy sobie z Kubą, obok bawi się dwóch małych chłopaczków (jeden rowerem, a drugi starą oponą).  Kuba zaczyna im robić zdjęcia, widać, że dzieciaki mają frajdę, zwłaszcza kiedy Kuba pokazuje im w aparacie fotki, które zrobił.  Nagle pojawia się mamuśka i zaczyna się wydzierać na dzieci: „powiedz mu (w sensie Kubie), żeby ci zapłacił za te zdjęcia! No niech płaci”.  Dzieciaki bardzo się zmieszały, widać, że nie wiedziały gdzie się podziać.  No ale czego się spodziewać później po takich dzieciach, skoro od małego rodzice ich tak szkolą? Inna historia – na Isla del Sol jest zbudowany szlak dla turystów, przez całą wyspę.  Na dzień dobry płaci się bilet wstępu do muzeum, który ma również obowiązywać na całym szlaku.  Nie ma jednak tak dobrze, co kilkaset metrów na trasie są porobione bramki przy których stoją lokalsi z chałupniczo produkowanymi biletami i kasują głupich Gringos „bo to już inna część wyspy”, „bo to północ wyspy” „bo to południe wyspy” i tego typu argumenty.  Niby nie płaci się dużo, ale wkurza nas fakt, że na każdym kroku robią tutaj białasów w balona.  A przy tym są tak po prostu niemili, niegrzeczni, nieprzyjemni. Ależ to jest przykre.

Nasz ostatni przystanek w Boliwii to Santa Cruz – największe miasto, najlepiej rozwinięte i najdroższe.  Rzeczywiście różni się od reszty kraju – przede wszystkim tutaj to już tropiki.  Po drugie, ludzie jakby milsi (w każdym razie najmilsi, jakich spotkaliśmy w Boliwii) no i pierwsze ładne Boliwijki.  Po trzecie – jedyne miejsce, gdzie Boliwijczycy nie strajkowali.  Podczas naszego pobytu dosłownie w każdej, najmniejszej nawet miejscowości organizowano jakieś antyrządowe protesty że strzelaniem petardami i pochodami prawie jak pierwszomajowe.  A w Santa Cruz nic :).

Mieszkamy w hoteliku, którego główną atrakcją jest oswojony tukan.  Świetne ptaszysko, ale bardzo humorzaste.  Najbardziej towarzyski jest oczywiście w porze śniadania, kiedy to bezwstydnie żebrze o jedzenie.  Wtedy to wpycha się człowiekowi na ręce, skacze po głowie i czaruje dziobem (który jest zaskakująco delikatny i lekki, dobrze, bo taki dziób raczej człowiekowi nie zrobi krzywdy).  Jednak kiedy chciałam zrobić sobie z nim kilka zdjęć najzwyczajniej na świecie zrobił na mnie kupsko! 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+