Hua Shan

By kuba • Chiny • 19 Aug 2010

Hua Shan to jedna z 5 najświętszych gór Taoizmu w Chinach.  Na wielkiej równinie, nagle, zupełnie bez ostrzeżenia pojawiają się góry o wysokości ok.  2000 m, pionowe strzeliste klify i ostre granie! Coś niesamowitego.  A na tym wszystkim dziesiątki tysięcy chińskich pielgrzymów.  Hua Shan ma pięć szczytów – Wschodni, Zachodni, Północny, Południowy i Centralny.  Wchodzi się na nią po schodach.  Tysiące stopni do góry.  Tak jakby Tatry przerobić na schody.

Schody są różne – kamienne i betonowe, płaskie lub tak strome, że potrzebna jest pomoc łańcuchów, w kominach i eksponowane, ale przede wszystkim dłuuuugie.  My wgiełgiwaliśmy się na najniższy, północny wierzchołek przez 3 godziny.  Całe szczęście wybraliśmy się tam wieczorem – upał i tłum były mniejsze.  Na górze kilka świątyń, na każdym szczycie hotel, między nimi stragany z jedzeniem i pamiątkami.  Dla tych, którym łażenie po schodach nie służy – kolejka linowa (zjechaliśmy nią).  Na szycie przenocowaliśmy w jednym z hosteli.  Rankiem obejrzeliśmy zachwycający wschód słońca i udaliśmy się na zwiedzanie pozostałych szczytów.  Nie udało się zobaczyć wszystkich – koło południa, po 6 godzinach łażenia po schodach i przepychania się pomiędzy gęstniejącym z każdym kwadransem tłumem Chińczyków poddaliśmy się i zjechaliśmy do bazy.  Mimo pewnych niedogodności (np.  co drugi Chińczyk chciał mieć zdjęcie z białasem, szczególnie Kuba zrobił furorę wśród płci przeciwnej 😉 wyjazd bardzo nam się podobał.  Takiej góry i takiej infrastruktury na górze nie widzieliśmy nigdy w życiu.

W drodze do Hua Shan zapoznaliśmy się bliżej z „mroczną” naturą Chińczyków i ich krewkim temperamentem.  Jeszcze na dworcu w Xi’an byliśmy świadkami bójki między dwoma kobietami.  Nie wiemy oczywiście o co poszło, ale babeczki zatłukłyby się, gdyby ich gapie nie rozdzielili – kopały, ciągały się za włosy, waliły na odlew po twarzy i pluły.  Czegoś podobnego nigdy nie widziałam.  Po wyjściu z autobusu, już w Hua Shan od razy wpadliśmy w oko cyklonu.  Tym razem było poważniej – trzech facetów biło jakąś grubaskę.  Ale jak biło!

Kopali ją po twarzy, lali na odlew trzymając za włosy.  Naokoło tłum gapiów i nikt nie reagował.  Parę metrów dalej wił i płakał jakiś półnagi chłopak – koniecznie chciał dołączyć do bijatyki (nie wiemy czy jako ratownik czy oprawca grubaski), ale kilku kolesi skutecznie go trzymało tarzając jednocześnie po ziemi.  Kuba ruszył na ratunek grubasce.  Korzystając że statusu świętej krowy, jaką ma biały turysta udało mu się zablok

ować kilka potężnych kopniaków przeznaczonych dla kobiety.  Wreszcie pojawiła się policja i rozgoniła towarzystwo.  Ja przeżyłam szok, bo podobnej agresji nigdy nie widziałam.  Kuba na szczęście z całej akcji wyniósł tylko jednego siniaka na ramieniu.

Na zakończenie jeszcze krótki cytat z cyklu „Dialogi Kuby z Chińczykami”:

  • Kuba: How old are you?
  • Mały Chińczyk: I’m fine, senk you.  And you?
  • Kuba: I’m thirty

 

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+