Guate

By kuba • Gwatemala • 30 May 2011

Jesteśmy w stolicy Gwatemali.  Guatemala City to taka nudna i długa nazwa, lokalsi nazywają ją więc „Guate”.  To miasto nie różni się pewnie mocno od pozostałych stolic środkowoamerykańskich, ale dla nas jest wyjątkowe, bo widziane (w końcu) z innej perspektywy.  Z perspektywy lokalsa,oczywiście.  W Guate udaje nam się (nareszcie!) znaleźć hosta z couchsurfingu.  Poza tym mamy jeszcze wspaniałego przewodnika – Zbyszka, który mieszka tu od dziesięciu lat, wyszperał w necie naszego bloga i zaprosił do Gwatemali i któremu serdecznie dziękujemy za wszystko, co dla nas zrobił 🙂 Mamy się więc jak pączki w maśle.  Zbyszek funduje nam ciekawy tour po mieście, zaprasza do przepysznej kawiarni, daje mnóstwo wskazówek i opowaiada o wielu wspaniałych miejscach w Gwatemali.  Bardzo żałujemy, że nie możemy ich wszystkich tym razem odwiedzić.  Ale co się odwlecze…

Nasz host też jest świetny – to Christian, szalony perkusista (a właściwie bębniarz), po godzinach właściciel baru i studia graficznego, pan dwóch psów (husky’ego – niestety, mamy wrażenie , że pies się w tym klimacie bardzo męczy i stareńkiego, zupełnie ślepego pudla).  Zwierzaki są przemiłe, ale nie pomogły Kubie na jego alergię, męczył się biedny, bo antyhistamina już na wykończeniu 😉

Christian to rewelacyjny host – wygadany (rozmowy z nim były bardzo ciekawe) i wyluzowany (nawet bardzo, bo wcale się nie zdenerwował nawet gdy Kuba zalał mu dom, obydwa piętra – na szczęście straty były zerowe, bo cała podłoga wyłożona jest kafelkami, a wody nazbierało się nie więcej niż 1 cm – skończyło się na pobudce o 5 rano oraz wylewaniu wody i wycieraniu podłóg 😉

Samo miasto nie wyróżnia się niczym specjalnym, poza tym, że (podobno) jest bardzo niebezpieczne.  Tak twierdził przede wszystkim Christian, który naszym zdaniem jest na tym punkcie nieco przewrażliwiony.  Ale i Zbyszek wspominał o pewnych „zonach” (tutejsze dzielnice to numerowane zony właśnie) i ostrzegał, żeby nie łazić po ulicach po zmroku.  Na wszelki wypadek zastosowaliśmy się do wszystkich wskazówek (jeździliśmy nawet taksówkami po mieście).  Natomiast wrażenia, zwłaszcza z kontaktów z ludźmi mieliśmy w Guate rewelacyjne.  Już na dzień dobry trzy osoby zupełnie bezinteresownie zaoferowały nam pomoc, kiedy nie mogliśmy się odnaleźć po wyjściu z autobusu (Guate nie ma przyzwoitego dworca autobusowego – autobusy odjeżdżają z różnych miejsc, najczęściej są to po prostu skrzyżowania ulic, tylko bardziej wypasione firmy mają swoje terminale.  Przy tym, na mapie autobusowej miasta nie ma logiki – czasem z danego miejsca odjeżdża jedna firma ale w kilku kierunkach, czasem destynacja jest jedna, za to firm wiele – ciążko się odnaleźć).  Jeden z przechodni, sympatyczny strażak, kupił nawet specjalnie kartę do swojego rozładowanego telefonu, żeby nam pomóc.  Żadnego naciągania, okradania czy robienia krzywdy.  Tylko życzliwość, miłe pogawędki z przechodniami i mnóstwo uśmiechów.

Druga strona medalu jednak istnieje – restauracja sąsiadująca z barem Christiana została we wrześniu ostrzelana, bo akurat był w niej jakiś bardzo ważny boss, który naraził się jeszcze ważniejszemu bossowi.  Napastnicy zastrzelili swój cel, przy okazji zabijając jeszcze czterech „cywilów”, w tym dziecko.  Nic dziwnego, że 80% społeczeństwa posiada tu broń (jest legalna i łatwo dostępna) i nosi ją przy sobie na co dzień.  Gwatemala jak na razie bardzo nam się podoba, zobaczymy co będzie dalej.  Następny cel – Antigua.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+