Góry Zardkouh i jezioro Gahar

By kuba • Iran • 16 Jun 2010

Następnego dnia rano Ali, nasz gospodarz zabrał nas że sobą do pracy – to znaczy w góry Zardkouh.  W biurze dowiedzieliśmy się, że jesteśmy jedynymi zagranicznymi turystami w tym roku (w ubiegłym napatoczył się jeden Szwajcar).  Przyjął nas sam szef całego majdanu, dostaliśmy śniadanko i zezwolenie na wstęp do parku narodowego (zwykle trzeba je załatwiać w Teheranie, ale dla nas zrobiono wyjątek).  Nie dowiedzieliśmy się natomiast, czemu poprzedniego dnia nie pozwolono nam nocować na kempingu i co było powodem całej afery (bo na pewno nie chodziło o to pozwolenie).  Nic to.  Mieliśmy szczęście, bo akurat tego dnia w góry wyruszała też grupka studentów z profesorem – mieli przeprowadzać jakieś badania na faunie i florze jeziora.  Mieliśmy więc zapewnione miłe towarzystwo.  Dodatkowo Ali został oddelegowany jako nasza obstawa i w dziewiątkę ruszyliśmy w góry.

Szlak był przepiękny i dosyć prosty technicznie, ale i tak dostaliśmy w kość – było bardzo gorąco.  Nad jeziorem mocno się zdziwiliśmy – biwakowało tam mnóstwo ludzi i przygotowana była cała infrastruktura dla turystyki, łącznie z małym sklepikiem z zimnymi napojami i słodyczami i kiblami.  Z jednej strony dobrze, z drugiej – trochę szkoda, że nie było to takie typowe dzikie, miejsce w górach.  Trzeba jednak przyznać, że samo jezioro jest piękne: czyściutkie, malowniczo położone pomiędzy szczytami wznoszącymi się na 4000 m n.p.m.  W jeziorze i wypływającej z niego rzece bogactwo ryb – pstrągi, łososie, i karpie.  Ku przerażeniu Ale’go postanowiliśmy nie spać w budzie należącej do parku narodowego, ale kilkadziesiąt metrów dalej – tuż nad brzegiem jeziora w naszym namiocie.  Potem zdenerwowaliśmy go jeszcze bardziej pomysłem kąpieli w jeziorze.  Po długiej i wyczerpującej dyskusji zgodził się wreszcie, pod warunkiem, że nie będziemy zbytnio oddalać się od brzegu.  Kąpiel oczywiście w pełnym ubraniu i szmacie na głowie.  Dobrze, przynajmniej przepocone ciuchy się wyprały.  Ali dostał zadanie zapewnienia nam bezpieczeństwa i wywiązał się z niego celująco…  Chodził za nami krok w krok, nie pozwalał rozmawiać z obcymi.  Gdyby nie to, że do kibla wchodziło się prosto z tarasu, na którym przez większość czasu urzędowaliśmy to chodziłby do toalety że mną i eskortował mnie w krzaki (całe szczęście, że był ten kibel!).  Mimo całej jego dobroduszności i sympatyczności jego ciągła obecność działała mi na nerwy i trudno było mi kryć zniecierpliwienie.

Po orzeźwiającej kąpieli w jeziorze ugotowaliśmy pyszny makaron z sosem pietruszkowo – czosnkowym, czym wzbudziliśmy nie lada sensację i z tej okazji zostaliśmy obfotografowani przez wszystkich obecnych.  Ich zainteresowanie najprawdopodobniej było spowodowane tym, że Kuba brał aktywny udział w gotowaniu.  Dla tamtejszych facetów to nie do pomyślenia, żeby mężczyzna miał cokolwiek wspólnego z czynnościami kuchennymi.  Tutaj należy wspomnieć, że nasze danie zostało wzbogacone tutejszym kozim masłem, które ludzie kupują od nomadów.  Jest pyszne i smakuje nawet że starym chlebem 🙂 Po pełnym wrażeń dniu poszliśmy spać wcześnie i spaliśmy jak dzieci ponad 10 godzin (dopóki gorliwy Ali nie obudził nas rzucając kamieniami w namiot – myślałam, że go uduszę).  Droga powrotna dała nam się mocno we znaki – było jeszcze bardziej gorąco niż poprzedniego dnia a jedno z podejść o mało nas nie zabiło.  Przetrwaliśmy jednak i teraz, już wykąpani, ale jeszcze nie najedzeni, relaksujemy się czekając na nocny autobus do Teheranu.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+