Dzikie żarcie i Polish roadtrip

By kuba • Nowa Zelandia • 18 Mar 2011

Nadal w powiększonym składzie, z Kamilem, Basią i Justyną wyruszamy na północ wyspy południowej.  Naszym celem jest Hokitika – małe i senne, nadmorskie miasteczko, które ożywia się raz do roku, kiedy przybywa doń „Festiwal Dzikiego Żarcia” (w oryginale Wild Food Festival).  Mamy szczęście bo to święto obżarstwa przypada już pojutrze.  Załapiemy się więc na prawdziwe maoryskie przysmaki.

W Hokitice bardzo nam się podoba a nasze obżarstwo zaczynamy już dzień przed festiwalem właściwym.  Napychamy się fisch&chipsami, kupujemy duuużo słodyczy i wina, Basia piecze pyszne ciasteczka.  Spędzamy świetny wieczór grając w karty, popijając wino że słoiczka i zaśmiewając się do rozpuku z głupot.  Oj, dawno już żeśmy się tak nie uśmiali.

Następnego dnia rezygnujemy że śniadania i z brzuchami w stanie gotowości ruszamy na festiwal.  Są tu prawie sami lokalsi, to znaczy Nowozelandczycy.  Większość ludzi poprzebierana jak w karnawale.  Impreza odbywa się w centrum miasteczka, na olbrzymim trawniku i częściowo pod namiotami.  Te ostatnie okazują się jednak niepotrzebne, bo pogodę mamy cały czas przepiękną, słoneczną.

Od razu zabieramy się do kosztowania tutejszych przysmaków.  Jemy smażonego rekina (przepyszny i świeży) oraz danie o nazwie „whitebait” – maleńkie rybki smażone w cieście naleśnikowym (również bardzo smaczne).  Do gustu przypada nam też świeżutkie sashimi z tuńczyka (duże i pyszne).  Reszta potraw jest dyskusyjna…  My z Kubą kusimy się na korniki (to znaczy chyba to są korniki – takie białe robale, które panowie „drwale” wyrąbywali na miejscu z kawałów drewna).  Kuba poszedł na ekstremum i zeżarł robala na surowo, jeszcze żywego (smakował mu!).  Ja, asekuracyjnie, zamówiłam sobie robala z grilla (smakował jak galaretowaty kawał słoniny, może byłby lepszy jakby go trochę przyprawić?).  Potem były jeszcze marynowany skorpion, kanapki z konikami polnymi, koreczki z krokodyla, sushi z robaków, smażone jądra baranie z cebulą i zupełnie nudne gofry z bitą śmietaną i jeżynami.  Byliśmy bardzo rozczarowani, bo zasadzaliśmy się na smażonego oposa (reklamowali go na plakatach), ale go nie było.  Mimo wszystko bardzo nam się festiwal podobał.

Najedzeni i zadowoleni ruszamy dalej, w kierunku zatoki Tasmana.  Po drodze zaliczamy jeszcze Pancake Rocksy, czyli specyficznie uformowane nadmorskie klify.  Oj jak fajnie i wygodnie się podróżuje z dziewczynami ich autem…

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+