Do Timang

By kuba • Góry, Nepal • 22 Oct 2010

Po dwóch dniach wędrówki opuszczamy tropiki i wkraczamy w późne, polskie lato.  Znikają palmy, dominuje ciężka, ciemna zieleń drzew (pojawiają się już pierwsze sosny himalajskie).  Poza tym temperatura staje się znośniejsza (choć słońce nadal praży) i znika wkurzająca wilgoć – nareszcie świeże powietrze!

Kilka słów o tym jak wygląda szlak.  Technicznie zupełnie nie jest trudny – największym problemem może być wysokość.  Nas na razie ten problem nie dotyczy, nie przekroczyliśmy jeszcze 3 tys.  metrów.  Szlak jest bardzo urozmaicony i biegnie to wąską ścieżką, to szerszą drogą, to znów wykutymi wysoko skałach stopniami.  Widoki po drodze zapierają dech w piersiach – wodospady, urwiska, wspaniałe tarasy pól ryżowych.  Na łąkach pasą się krowy, kozy i owce.  Trasa wiedzie dolinami kilku rzek, głównie największej w okolicy Marsyandii.

Co jakiś czas trzeba te rzeki przekraczać po niesamowitych, wiszących, żelaznych lub drewnianych mostach.  Dla mnie to nie lada wyzwanie – mosty chwieją się i bujają, a pod nimi (czasem bardzo, bardzo, głęboko pod nimi) płynie po kamolach rwąca rzeka.  Nigdy nie maiłam cierpliwości (no dobra, odwagi trochę też ;), żeby stać na takim moście wystarczająco długo, żeby Kuba zrobił dobre zdjęcie.  Co kilka godzin (czasem co kilkanaście minut) mijamy małe wioski.  Są jedną z największych atrakcji na szlaku.  Do większości z nich można dotrzeć tylko pieszo, lub na osiołku.  Chałupki mają ciekawą architekturę – drewniane, z poddaszami, bajecznie kolorowe.  Ludzie żyją prosto i w zgodzie z naturą – hodują zwierzęta, uprawiają ziemię i goszczą turystów 🙂 Im wyżej tym wioski przypominają coraz bardziej osady tybetańskie.  Znika hinduizm, pojawia się buddyzm że swoimi stupami, czortenami, gompami i kamiennymi bramami „wjazdowymi” do wiosek.  Domy z drewnianych kolorowych zamieniają się w surowe, kamienne.  Każdego ranka spotykamy dzieciaki wędrujące do szkoły – niektóre muszą zasuwać po górach 2 godziny w jedną stronę! Mimo, iż Nepalczycy nie przywiązują zbytnio uwagi do stroju (i higieny również?) wszystkie dzieciaki są w czystych i odprasowanych, identycznych mundurkach.  Świetnie wyglądają

Musimy trochę zwolnić tempo marszu – Ani kolano nie wytrzymuje forsownych podejść i ciężaru plecaka.  Zabieramy od niej trochę rzeczy, ale to niewiele pomaga – noga po prostu boli.  Dlatego też postanawiamy zmodyfikować plany – nie idziemy dziś do Chame, ale zostajemy w pierwszej napotkanej wiosce – jest to Timang.  Mieszkamy w malowniczej dolinie – otaczają nas zaśnieżone szczyty z Manaslu na czele.  Nasz hotelik ma restaurację na dachu – widoki są niesamowite.  Jesteśmy zaskoczeni, bo wieczorem robi się bardzo zimno.  Tak bardzo, że zakładamy ciepłą bieliznę i czapki.  Zaczynają się „prawdziwe” góry.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+