Do Syrii

By kuba • Turcja • 4 May 2010

Cześć i czołem! Siedzimy sobie na skwerku gdzieś w Aleppo, zwanym także Halep.  Jest to drugie co do wielkości miasto Syrii, dawne centrum kultury i ważny punkt na trasie szlaku jedwabnego.  Zmiana w porównaniu z Turcją – kolosalna.  Gwar, harmider, krzyki, tłum ludzi, trąbienie aut – jednym słowem – kakofonia dźwięków i obrazów.  Jeszcze się nie przyzwyczailiśmy do nowego otoczenia (i do nowej waluty).  Na dzień dobry, pan od kebaba zrobił nas w konia na 100 tutejszych lirów – ok 1,5 euro, więc jeszcze nie tak źle…  Najważniejsze, że tutejsza shoarma pycha i tania 🙂  Dziś mieliśmy ciężki dzień.  Pobudka o 6:00 rano, od 8:00 w drodze, na stopa.  Pokonaliśmy ok.  500 km (może więcej) – ilości kierowców nie zliczę.  Ale Kuba nalega, więc spróbuję:  Najpierw był przewodnik górski, który podrzucił nas do najbliższej wiochy.  Potem zabrało nas dwóch młodych chłopaków – jeden z nich, żeby zwolnić dla nas miejsce, jechał na pace.  Podrzucili nas że 150 km.  Potem podjechaliśmy jakieś 10 km że starszym kolesiem w busiku.  Zostawił nas przy pierwszym wjeździe do miasta Adana (wieeeelkie), więc maszerowaliśmy po autostradzie próbując złapać następnego stopa.  Niestety, napatoczyła się policja.  Już myśleliśmy, że wylądujemy, w najlepszym wypadku, na dworcu autobusowym, a w gorszym – gdzieś na komisariacie.  Policjanci oczywiście nie mówili ani w ząb w żadnym języku prócz tureckiego, w którym z kolei my nie jesteśmy biegli.  Powtarzali tylko, „autostop Adana problem”.  W końcu okazało się, że nie taki turecki policjant straszny jak go malują.  Panowie z całego serca starali się znaleźć nam bezpośrednią podwózkę do Syrii – w tym celu zatrzymali nawet kilka TIR-ów.  Wszystkie z nich jednak były miejscowe.  Policjanci nie mieli zbyt wiele czasu, więc ostatecznie przewieźli nas przez całe miasto i wysadzili na stacji benzynowej na dogodnej dla nas trasie wylotowej.  Tam zakupiliśmy ciasto bakaliowe, żeby się nieco posilić a mili panowie z obsługi poczęstowali nas herbatką.  Wkrótce napatoczył się też kolejny kierowca.  Jechaliśmy z nim ok.  50 km.  Starał się nam coś usilnie wytłumaczyć, ale ni w ząb go nie rozumieliśmy.  W końcu pojechał w swoją stronę a my załapaliśmy się na prawdziwe cacko – czerwoną torpedę marki „home made”, podobną nieco do amerykańskich krążowników z lat 50-tych.  Miły kierowca zaprosił nas na herbatkę i usiłował namówić na nocleg w swoim domu (a było to już nad Morzem Śródziemnym).  Z trudem oparliśmy się tej pokusie –zależało nam jednak, żeby tego dnia dostać się do Syrii.  Kierowca był niepocieszony, ale grzecznie zniósł odmowę i załatwił nam jeszcze na pożegnanie dalszy transport – jego kuzyn, kierowca TIR-a właśnie nieopodal przejeżdżał i jechał akurat w naszym kierunku.  Kolejny TIR jakiego udało nam się złapać to przemiły Pan, z którym w dwie godziny pokonaliśmy jakieś 50 km przez góry – załadowany TIR wlókł się niemiłosiernie.  W trakcie jazdy Pan obejrzał nasze zdjęcia ślubne (a jednak laptop się przydaje J a my filmiki z popisów tanecznych jego syna.  Pożegnaliśmy się w dobrej komitywie.  Potem był jeszcze jeden stop – krótko i bez szczególnych wrażeń.  A na koniec trafił nam się klops.  Trafiliśmy faceta, który jechał do ostatniego większego miasta przed granicą Syryjską (jakieś 20 km od przejścia granicznego).  Pan powiedział, że właściwie to on też jedzie do Syrii, do miasta Halep i że możemy się z nim zabrać.  Potem nieco zmienił zdanie i oznajmił, że zawiezie nas, ale za 15 Euro (tłumaczył, że autobus na tej trasie kosztuje 15 Euro od osoby, więc dla nas to i tak wielka oszczędność).  Wiedzieliśmy, że robi nas w konia i co najmniej trzykrotnie zawyża cenę biletu, ale stwierdziliśmy, że dosyć już tego dnia się namachaliśmy, nie znaliśmy rozkładu autobusów, nie wiedzieliśmy jak wygląda przejście graniczne i, że 15 Eurasów to niezbyt wygórowana cena jak na komfortowe pokonanie ostatnich 80 km.  Wszystko poszło gładko i pięknie dopóki nie dotarliśmy do Aleppo.  Pan najpierw chciał się nas pozbyć na rogatkach miasta (a nie taka była umowa).  Kuba jednak nakłonił go, żeby pojechał do centrum.  Przy zapłacie okazało się, że Pan chce nie fifTEEN, ale fifTY Euro.  Bardzo się przy tym upierał i zrobiło się nieprzyjemnie.  W końcu Kuba zaproponował mu, żeby spór rozstrzygnęła policja, która nieopodal kierowała ruchem.  Ale i to nie było takie proste, gdyż Kuba mówił po angielsku i polsku, pan kierowca po turecku, a policja po syryjsku.  Nijak się nie mogli dogadać.  Istna wieża Babel.  W końcu kierowca zadzwonił po posiłki w postaci krajana mieszkającego w Aleppo i mówiącego po syryjsku, policja wezwała z kolei posiłki w postaci dodatkowych patroli na motorach, a pomoc Kubie zaoferował przechodzień, który mówił po angielsku i zaproponował tłumaczenie.  Zrobiło się niezłe zbiegowisko, a wszystko to działo się na środku skrzyżowania, na przejściu dla pieszych i trwało że 40 minut.  Koniec końców – argumenty Kuby zwyciężyły, nieuczciwy kierowca został zbesztany przez policjantów, przechodni i chyba nawet dostało mu się od własnego kumpla i odszedł jak niepyszny że swoimi 15 Euro.  My natomiast jeszcze zakręciliśmy się za hotelem – udało nam się wytargować dobrą cenę (18 Euro + śniadanie gratis).  Pan z recepcji stwierdził, że tylko Polacy i Rosjanie potrafią się tak targować i zakazał nam mówić innym gościom, ile płacimy.  Starczyło nam jeszcze sił na mały spacer w poszukiwaniu internetu – chcieliśmy sprawdzić maila i uaktualnić bloga.  Zagadaliśmy się jednak z przemiłym tubylcem, który włada językiem rosyjskim i skończyło się na kilkugodzinnym łażeniu po mieście z naszym nowym „kompanem”, jego sześcioletnim synem i kolegą – policjantem.  Uparł się, żeby pokazać nam jak najwięcej, a my, mimo zmęczenia, nie bardzo mogliśmy okiełznać ich gościnność.  Wreszcie obiecaliśmy im spotkanie następnego dnia i udało nam się wrócić do hotelu.  Teraz już nie mamy na nic siły i idziemy spać.  🙂 Dobranoc

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+