Do Shigatse

By kuba • Tybet • 16 Oct 2010

Nasz pierwszy dzień w trasie.  W składzie: Pan Kierowca, Tybetańska Przewodniczka Dorlma, Niemcy: Florian, Sebastian, Kerstin i Thomas, Izraelczyk Eyal, Amerykanin Kevin oraz osiem ogromnych plecaków wyruszamy na podbój dzikiego Tybetu.  Tego dnia zaliczamy Namtso (jedno z trzech świętych jezior Tybetu), lodowiec Rongbuk oraz klasztor Rongbuk.  Mamy mieszane uczucia: z jednej strony Tybet to jedna z najpiękniejszych krain, jakie widzieliśmy.  Z drugiej – brakuje nam tu swobody.  Mimo, iż nasza przewodniczka na wiele nam pozwala żadne z nas nie jest przyzwyczajone (ani nie lubi) zorganizowanych wyjazdów.  Zwłaszcza w państwie policyjnym.  Teksty: „tam nie chodźcie, tego nie wolno i nie mamy czasu” mocno nas irytują.  A my chcielibyśmy spędzić na przełęczy godzinę podziwiając lodowiec, wdrapać się na pobliski pagór, bo stamtąd lepszy widok.

Nijak nie da się tego zrobić w 15 minut.  Zresztą – co to za przyjemność siedzieć trzy godziny w aucie tylko po to, żeby cyknąć kilka fotek? Z początku słuchamy się Dorlmy, ale później zaczynamy zwiedzać po swojemu.  Oczywiście bez przesady – nie chcemy, żeby dziewczyna straciła przez nas licencję.  Po prostu przedłużamy nasze postoje, tak, żeby chociaż trochę połazić po tych wspaniałych górach.  Kolejny minus naszej wyprawy, to fakt, że zatrzymujemy się wyłącznie w turystycznych miejscach.  Prawdziwe wioski widzimy tylko zza szyby naszego Subika.  Tybetańczycy, z którymi mamy mamy kontakt to wyłącznie nachalni sprzedawcy i żebracy, którzy podbiegają i szperają po kieszeniach.  Trudno ich lubić.  „Foto z jakiem? z psem? Z kózką? A może naszyjnik? Look, look i Good price for you” – mamy serdecznie dość.  Wiedzieliśmy jednak z góry na co się decydujemy.  I mimo wszystko uważamy, że było warto.  I tylko chcielibyśmy wrócić do Tybetu jak będzie można już w miarę swobodnie, a przede wszystkim samodzielnie podróżować po tej wspaniałej krainie.

Jeszcze kilka słów o tybetańskim jedzeniu.  Delikatnie mówiąc nie jest to najsmaczniejsza kuchnia, jakiej próbowaliśmy.  Podstawą wszystkich dań jest jak.  Stek z jaka (bywa pyszny – tak słyszeliśmy, nam trafił się chyba jakiś stary byk, bo nie dało się go przeżuć), pierożki (zwane momo) z nadzieniem z jaka, kluski z farfoclami z jaka, oraz kluski w brei z masła z jaka że startą rzepą (zjadliwe pod warunkiem, że masło nie jest zjełczałe, a to zdarza się rzadko).  Nam najbardziej smakował „bobi” – cienki pszenny placek z sosem jogurtowo-czosnkowym, że smażonymi warzywami i, obowiązkowo, z mięsem z jaka.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+