Do Pamiru – Korytarz Wachański(Yamczun)

By kuba • Tadżykistan • 25 Jul 2010

Trochę zmieleni docieramy wreszcie na miejsce – Yamczun słynie z gorących źródeł.  Oczywiście chcemy się wykąpać – w tym celu musimy pokonać 7 km pod górę.  Noc zamierzamy spędzić w namiocie, gdzieś w pobliżu źródeł – musimy więc zakupić chleb na kolację i śniadanie.  W jedynym we wiosce magazynie chlieba niet – po co go sprzedawać, skoro każdy sam piecze w domu? Kupić się nie udaje, ale dostajemy w prezencie świeżutką, domową lepioszkę (tak się tu nazywa tradycyjny, okrągły i płaski chleb).

Zaczynamy wspinać się do góry, ale nie jest to łatwe – co chwila przystajemy, żeby pogadać z miejscowymi, wszyscy zapraszają nas na herbatkę.  Korzystamy z jednego z takich zaproszeń – głównie dlatego, że chcemy zobaczyć jak wyglądają w środku tutejsze lepianki.  Dom składa się z dwóch izb – my zostajemy zaproszeni tylko do jednej.  Pod ścianami podesty – na nich dywany i poduszki, na których można siedzieć lub spać.  W rogu telewizor i wieża, pod ścianą rower, na podłodze klepisko, na środku dziecięca kupa (maluchy biegają bez pieluch), w suficie z bambusa i drewnianych bali kwadratowy otwór, przez który wlatuje światło.  Brudno.  Mieszka tu wielopokoleniowa rodzina – naliczyliśmy co najmniej 10 osób.  Zastanawiamy się jak tu wytrzymują zimą? Piec jest tylko w sąsiedniej izbie, a na pewno panują tu srogie mrozy – jesteśmy na wysokości 3 tys.  m npm.  Na stół wjeżdżają po kolei – herbata, świeży chleb, jajecznica, szaro-bury domowy twaróg (trochę straszny), smażony makaron i przedwojenne słodycze.  Potem gospodyni miesza twaróg z wodą, tworząc biały napitek.  Mi nawet całkiem smakuje, Iwonie natomiast zdecydowanie mniej.  Objedzeni i opici ruszamy w dalszą drogę.  Do źródeł docieramy tuż przed zamknięciem i ostatnią turą pacjentów z pobliskiego sanatorium.  Chłopakom udaje się zażyć dosyć długiej kąpieli w towarzystwie miejscowych milicjantów.  Iwo wchodzi tylko na chwilę, ja się niestety nie załapuję na kąpiel (wpuszczani są na zmianę mężczyźni i kobiety – co 10 min) – czeka mnie mycie w zimnym strumieniu.  W pobliżu nie ma dobrego miejsca na namioty – jedyne płaskie miejsce, jakie udaje się znaleźć chłopakom jest na budowie – tam między fundamentami stawiamy nasze pałatki.  Następnego dnia my z Kubą wstajemy o 8 rano – akurat wtedy gdy Iwo z Marcinem wracają z e spaceru w poszukiwaniu rubinów (podobno tu są) a pracownicy z budowy rozpoczynają pracę.  Musimy się szybko zwijać, bo nasze namioty stoją akurat tam, gdzie się miesza beton 🙂 Zabieramy manatki i udajemy się w pobliże ruin twierdzy z 3 w.  pne – tam jemy śniadanko.  Po posiłku schodzimy do drogi – chcemy jechać dalej na wschód, do Vrang – Iwo i Marcin chcę odwiedzić tam poznaną wcześniej babeczkę.  Udaje nam się tam dojechać jeepem za grosze.  Na miejscu idziemy pogadać z milicjantami – chcą nas spisać „na wszelki wypadek”.  Formalności przebiegają w miłej atmosferze.  Po wypiciu herbatki u znajomej rozdzielamy się – Iwo i Marcin idą w góry (szczęściarze mają jeszcze prawie trzy tygodnie w Tadżykistanie) a my ruszamy dalej na wschód (nasza wiza kończy się za 5 dni).

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+