Do Libanu

By kuba • Liban, Syria • 9 May 2010

Rankiem, po śniadanku i ostatnim spacerze po starówce udaliśmy się na dworzec międzynarodowy w Aleppo. W centrum miasta jest kilka dworców, ale żaden z nich nie obsługuje przejazdów do Bejrutu. Amman, Damaszek – owszem. Ale po bilet do Bejrutu trzeba zasuwać na obrzeża miasta. My zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę – kosztowała psie pieniądze (oczywiście z targowaniem) a zaoszczędziła nam sporo czasu i wysiłku. Za bilety zapłaciliśmy po 400 lirów (cena wywoławcza – 700). Podróż przebiegła szybko (8 h) i bez zakłóceń. Autobus klimatyzowany, ale swoje już przeszedł. W środku trochę brudno, ale ogólnie nie najgorzej. Jak to na arabskie standardy przystało – był Pan Prowadnik, który serwował wodę i ogarniał pasażerów. Na nerwy najbardziej działał arabski sitcom rozkręcony na cały regulator – straszna tandeta. Przez granicę też udało nam się w miarę sprawnie przedostać, mimo, że nie mieliśmy wizy libańskiej. Do końca wydawało nam się, że uda nam się uniknąć uiszczania opłaty wyjazdowej z Syrii (550 SYP), niestety – pod sam koniec jakiś urzędnik dopatrzył się jednak tego zaniedbania i musieliśmy zabulić. Właściwie, to nie do końca wiemy, jak z tą opłatą wyjazdową jest. Przewodnik podaje, że obowiązuje wyłącznie na lotniskach i nic się nie płaci podróżując lądem. Z relacji internetowych wiemy, że niektórym udaje się przekroczyć granicę bez płacenia. Z kolei wszyscy, których spotykamy do tej pory – musieli płacić. Możliwe więc, że zaostrzyli egzekwowanie tej opłaty. Po stronie libańskiej bez problemu dostaliśmy wizę. Co zabawne, do kraju o powierzchni ok 10.000 km2, który ma granice otwarte wyłącznie z Syrią dostaliśmy 15-dniową wizę tranzytową 🙂 Tranzyt z Syrii do Syrii… Po wjeździe do Libanu poczułam się nieswojo – wszędzie pełno wojska, zasieki, czołgi, karabiny. Dworzec autobusowy w Bejrucie pogłębił jeszcze to niemiłe uczucie. Znajduje się prawie w centrum miasta, a swoim widokiem przeraża (nawet bardziej niż Centralny). Dworzec wygląda bardziej jak niedokończony, opuszczony i zdewastowany parking wielopoziomowy w centrum handlowym – beton, kurz, brud, fetor, ani żywej duszy. Wchodząc po schodach natknęliśmy się na kilka klocków, bynajmniej nie Lego… Ale po opuszczeniu tego przybytku zrobiło się jakby lepiej – zielono, ładne europejskie budynki, billboardy, „normalnie” poubierane kobiety. Wymyśliliśmy sobie hostel w pobliżu dworca. Okazał się przytulnym miejscem dla plecakowych turystów z całego świata. Nie było już wolnych miejsc, ale na szczęście jacyś goście nie dotarli i dostał nam się pokoik trzyosobowy – do spółki z sympatycznym Brazylijczykiem. Na kolejne noce mieliśmy obiecane tapczaniki na balkonie – noclegi tańsze, ciekawsze i, w tym klimacie, przyjemniejsze. Okazało się, że mieszka tu też piątka sympatycznych Polaków – pogadaliśmy, wymieniliśmy wrażenia i pożyczyliśmy przewodnik, żeby skserować sobie informacje o Jordanii.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+