Do Kathmandu

By kuba • Nepal, Tybet • 16 Oct 2010

Jedziemy mijając kolejne zapierające dech w piersiach widoki.  Po jednej z przełęczy, już bardzo blisko Nepalu krajobraz zmienia się całkowicie.  Brązowo-żółta pustynia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemienia się w zieloną dżunglę.  Po prostu całą wodę góry zatrzymują po tej stronie przełęczy.  Zmiana jest radykalna.  Gdzie nie spojrzysz palmy, bambusy i kwitnące orchidee.  W kanionie, którym jedziemy pełno jest przepięknych wodospadów.  Woda z niektórych z nich spada bezpośrednio na jezdnię.  W takim przypadku kierowca podjeżdża pod strumień wody i zatrzymuje się na chwilę – darmowa myjnia.  Im bliżej Nepalu tym droga gorsza.  Coraz więcej dziur i osuwisk.

Ostatnią noc spędzamy w wiosce oddalonej o 6 km od granicy.  Nepalskie i chińskie ciężarówki blokują drogę – kierowcy i miejscowi przepakowują najrozmaitsze towary z jednych wozów na drugie.  Dużo ludzi i śmieci, śmierdzi.  Właściwie tak wyobrażałam sobie indyjskie klimaty.  Wieczorem, w poszukiwaniu restauracji z nepalskim jedzeniem (mamy serdecznie dość tybetańsko-chińskich specjałów, ja mam już rozstrój żołądka i przez ostatnie dwa dni żywię się snikersami) trafiamy do dzielnicy czerwonych latarni.  Dziewczyny w lateksowych kozaczkach siedzą w małych, oświetlonych pokoikach.  Mimo, że jest nas ośmioro czujemy się nieswojo i szybko stamtąd uciekamy.

Następnego ranka sprawnie przekraczamy granicę (wizę nepalską załatwiamy bez problemu).  Już po nepalskiej stronie jemy śniadanko w lokalnej knajpie – wreszcie pyszne, ostre jedzenie (jemy dal, czyli ryż z gotowanymi warzywami i curry – dowolna ilość dokładek).  Nepal pozytywnie nas zaskakuje – przemili ludzie, uśmiechnięci i życzliwi, smaczne jedzenie i TANIO! Szybko znajdujemy transport do Katmandu – lokalny, zabytkowy autobus marki Tata na olbrzymich kołach – inne maszyny nie są w stanie pokonać tutejszych dróg.  W środku panuje tłok i zaduch, śmierdzi po prostu.  Dlatego też chętnie dołączamy do lokalsów podróżujących na dachu – całkiem wygodnie, świeże powietrze i cudowne widoki.  Droga oczywiście wiedzie po górach, po stromym zboczu, w dole pędzi wściekle rwąca rzeka.  Droga (szumnie zwana highway- jedna z głównych dróg w Nepalu) miejscami ma nawet asfalt.  Pozostałe fragmenty to zbiór dziur, wyrw i kamoli.  Niektóre miejąca są tak wąskie, że może przejechać tylko jeden pojazd – tam ruch jest wahadłowy i tworzą się kilometrowe korki.  150 km pokonujemy w 6 godzin.  Mamy niezłą zabawę na dachu.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+