Do Duszanbe

By kuba • Tadżykistan • 14 Jul 2010

Odprawa graniczna przebiega bez problemów.  No prawie…  Nie mamy kłopotów z uzbeckimi celnikami, którzy podobno domagają się łapówek, przetrząsają bagaże, „rekwirują” gotówkę, czepiają się rejestracji – nas nikt o nic nie pyta, do plecaków nawet nie zaglądają.  Ale ja oczywiście muszę odstawić cyrk przy wypełnianiu karty imigracyjnej.  Najpierw wpisuję do niej sumy tadżyckie (wymieniliśmy trochę tuż przed granicą) – sympatyczny celnik instruuje nas, że nie możemy mieć przy sobie tadżyckich pieniędzy, bo nie mieliśmy ich przy wjeździe do Uzbekistanu (nie figurują na wykazie gotówki w ankiecie wypełnianej przy wjeździe).  Muszę ponownie wypełnić ankietę.  Mamy szczęście, bo inny celnik mógłby po prostu zabrać pieniądze.  Z Uzbekistanu nie można wywieźć niczego czego się nie zadeklarowało przy wjeździe.  W kolejnej ankiecie mylą mi się rubryczki – narodowość wpisuję w miejscu kraju, który opuszczam.  Wypełniam więc kolejną.  Po czym zadowolona z siebie rwę na kawałki poprzednią, źle wypełnioną ankietę.

Przynajmniej tak mi się wydaje.  Kuba uświadamia mnie, że podarłam naszą ankietę wjazdową – bez niej nie wypuszczą nas z kraju.  Przerażona idę więc znowu do naszego celnika i pokazuję mu nędzne strzępy naszej ankiety.  Celnik grozi palcem, informuje, że będzie „sztraf”, ale się śmieje.  Oddycham z ulgą – będzie dobrze.  Kuba z czeluści plecaka wyciąga taśmę klejącą – przez następne 15 minut celnik bawi się puzzlami.  Efekt – nasza ankieta jest jak nowa.  Bez problemu załatwiamy resztę formalności i już jesteśmy po stronie tadżyckiej.  Tam sami nie wiemy co robić – taksówki do najbliższej cywilizacji są drogie.  Trochę się targujemy, wreszcie postanawiamy iść pieszo do najbliższego skrzyżowania a potem łapać stopa.  I znów mamy szczęście – zatrzymuje się taksówka, która już ma pasażera i jedzie tam gdzie chcemy – zabierze nas za symboliczną kwotę.  W taksówce zaprzyjaźniamy się z pasażerem i zostajemy zaproszeni na noc do jego domku letniskowego w górach.  Jest tam już cała jego rodzina.  Zostajemy ugoszczeni toną jedzenia, przyjemnie sobie rozmawiamy.  Nasi gospodarze to Uzbecy.  Wszyscy bardzo dobrze wykształceni, mówią po angielsku (nawet dzieciaki).  Amir, którego poznaliśmy najpierw, ma własną agencję reklamową w Taszkiencie.  Jego ojciec jest profesorem na uniwersytecie w Duszanbe (napisał 10 książek) a mama emerytowanym lekarzem, obecnie też prowadzi agencję reklamową w Duszanbe.  Radzą sobie nieźle.  Dom jest bardzo ładny i w końcu czysty! Mają fajny ogródek z kwiatami i drzewkami owocowymi – to chluba dziadka.  Miło spędzamy czas, a następnego dnia gospodarze załatwiają nam transport w rozsądnej cenie do Duszanbe.  To odległość ok 300 km, ale przez góry po fatalnej drodze – autobusy nie kursują – raczej się nie przebiją przez przełęcze.  Najlepiej jechać jeepem.  Droga przez góry jest przepiękna.  Wspaniałe widoki na ośnieżone szczyty, doliny i rwące rzeki.  Przez pierwszą część trasy droga szutrowa.  Kierowca pędzi jak szalony a ja mam stres.  Za rok ma zostać oddana do użytku nowa droga, budują ją Chińczycy.  Potrzebny jest jeszcze jeden tunel.  Dalsza część trasy to już nowa droga.  Ale chińczycy powinni jeszcze nad nią popracować – droga miejscami się osuwa.  W najdłuższym z gotowych tuneli w środku nie ma żadnej wentylacji a ni oświetlenia, jest mnóstwo dziur i pełno wody.  Niezbyt przyjemne doświadczenie.  300 km pokonujemy w 6 godzin.  Razem z nami podróżuje mama z trójką małych dzieci.  Trochę się z nimi wygłupiamy.  Czas mija przyjemnie.  Kuba jedzie w bagażniku 🙂 Ale ma tam dosyć dużo miejsca, może się nawet położyć, więc nie jest tak źle.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+