Do Beni

By kuba • Nepal • 26 Oct 2010

Za Muktinath szlak robi się niefajny – wiedzie piaszczystą drogą, po której „śmigają” jeepy i autobusy z turystami i lokalsami.  Potworny kurz, widoki przeciętne.  Postanawiamy więc zjechać i wykorzystać lepiej czas, który został nam w Nepalu.  W planach mamy zwiedzanie Pokhary i Katmandu, kurs kajakowy (Kuba) i wyprawę do Parku Narodowego Chitwan (reszta).  Najpierw jednak trzeba dostać się do cywilizacji.  To wcale niedaleko, jakieś 80 km…  Ale jedziemy cały dzień.  Trzy razy zmieniamy środki lokomocji – najpierw jeep, potem rozklekotane autobusy.  Zmieniamy, dlatego, że niektóre odcinki są nieprzejezdne (na przykład most na rzece jest, ale tylko drewniany, wiszący).  Droga z początku nieznośna – straszliwy kurz.  W aucie trudno wytrzymać, nie można oddychać, pył włazi dosłownie wszędzie.

Współczujemy tym, co idą na piechotę i mamy wyrzuty sumienia, że jedziemy i wzniecamy jeszcze większe tumany kurzu.  Potem pył i piach zmieniają się w błoto.  Jedziemy teraz osuwiskami (monsun w tym roku trwał długo i skończył się dosłownie przed naszym przyjazdem), nad przepaściami.  Autobus co chwilę w takim przechyle, że nie mogę uwierzyć, że jeszcze się nie przewrócił na bok.  Teraz to ja zazdroszczę, tym co idą – może uda im się zachować żywot (bo ja w tej metalowej puszce mam małe szanse).  Czasem wszyscy pasażerowie muszą wyjść z autobusu – droga na tyle obsunięta, że lepiej ograniczyć obciążenie.  Koła przejeżdżają już praktycznie w powietrzu, nad przepaścią – jest tak wąsko.  W pewnym momencie, na wąskim odcinku wszyscy (łącznie z kierowcą) przesuwają się na lewą stronę zwiększając i tak ogromny już przechył, gapią się przez okno.  Okazuje się, że wypatrują wraka jeepa, który zleciał tutaj wczoraj…  Nikt jednak niczego nie dojrzał i wszyscy wreszcie wracają na miejsca (ale przechył niewiele się zmniejsza).  Lokalsi wsiadają i wysiadają w biegu – autobus jedzie tak wolno, że nie ma sensu się zatrzymywać.  Co chwila jedziemy a to z kózką, a to z kurą, a to z workiem, z którego broka krew…  W powietrzu unosi się cała gama zapachów…  Po 10 godzinach takiej jazdy ja mam dość fizycznie i psychicznie – bolą mnie wszystkie mięśnie od kurczowego trzymania się wszelakich części pojazdu, żeby z niego nie wypaść, mam obity tyłek od ciągłego podskakiwania na wertepach i naprawdę nie mogę już patrzeć na te wszystkie urwiska i przepaści.  Tego dnia nie udaje nam się dojechać do Pokhary.  Nocujemy w Beni – ostatnim przystanku na trasie dookoła Annapurny.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+