Diyarbakir – miasto Kurdów

By kuba • Turcja • 25 May 2010

Wspaniały dzień.  Wyspaliśmy się porządnie, zjedliśmy pyszne śniadanko w hotelu i ruszyliśmy w miasto.  Diyarbakir słynie z imponujących murów miejskich – ponoć są najdłuższą i największą budowlą tego typu po murze chińskim (jak zobaczymy to zweryfikujemy to porównanie).  W każdym razie – mury są ogromne, okalają całą starówkę i wdzierają się do „nowego” miasta.  Można chodzić obok nich lub na nich.  Na górze lokalsi urządzają sobie towarzyskie nasiadówki.  Wybraliśmy się też nad słynną rzekę Tygrys, nad którą leży Diyarbakir.  Tam mieliśmy niemiłą przygodę – było jakieś zwarcie na słupach z prądem, kable się przepaliły, spadły na ziemię (i chodnik, po którym szliśmy).  Trawa i okoliczne krzaki momentalnie zaczęły się palić.  Na szczęście nic nam się nie stało, ale najedliśmy się strachu.  Na deser zostaliśmy zaproszeni do ośrodka kultury kurdyjskiej.  Wspaniałe miejsce.  Kurdowie spotykają się tam w weekendy, czasem częściej i grają na tradycyjnych instrumentach, śpiewają patriotyczne pieśni, uczą się tradycyjnych tańców i wspólnie marzą o wolnej ojczyźnie.  Młodzi Kurdowie dali popis śpiewu i grania.  Ja nawet próbowałam z nimi tańczyć.  Taniec wydaje się banalnie prosty, ale wcale taki nie jest – ręce muszą poruszać się w innym, dużo szybszym rytmie niż nogi – praktycznie nie do wykonania.  Niewiele pomogła biała chusteczka, którą dostałam do ręki – miałam nią machać i w ten sposób łatwiej rytmicznie poruszać drugą ręką.  Niewiele pomogło 🙂 W nagrodę dostałam bransoletkę uplecioną z rzemyków w trzech kolorach – żółtym, czerwonym i zielonym.  To kolory flagi kurdyjskiej.  Popołudnie było magiczne.  Oprócz ośrodka dla młodzieży odwiedziliśmy jeszcze jeden, w którym spotykają się seniorzy.  Też było miło i ciekawie, ale już jednak nie tak fajnie jak z młodymi.  Diyarbakir pozostawi w nas jednak mieszane uczucia.  Dorośli są bardzo mili, grzeczni i otwarci.  Ale dzieciaki, to istne diabły – wrzeszczą „halo”, zadają dwa pytania, które znają po angielsku „what’s your name?” i „where are you from?”, są bardzo nachalne i nieprzyjemne – parę razy obrzuciły nas kamieniami.  Poza tym – rano o mało nie straciłam telefonu.  Na szczęście poczułam w porę, że ktoś majstruje mi przy torebce.  Telefonu w niej już nie było, ale dokładnie wiedziałam, czyja to była sprawka, Narobiliśmy z Kubą zamieszania i młodociany złodziejaszek wyrzucił łup pod stojące nieopodal auto.  Telefon odzyskaliśmy, ale niesmak pozostał.  Turcja już jednak nie jest tak bezpieczna jak „prawdziwy” Bliski Wschód.

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+