Darwaza – Wrota do piekieł

By kuba • Turkmenistan • 29 Jun 2010

Od ponad roku marzyliśmy, żeby odwiedzić to miejsce i wreszcie się udało! Jedziemy do Darvazy!

A właściwie do miejsca, gdzie kiedyś była Darvaza – mała wioska w środku pustyni Karakum.  Kiedyś prezydent Nijzow przejeżdżał tędy i odwiedził wioskę.  Bardzo mu się nie spodobała – takie brzydkie, szare i biedne chałupy.  Na jego rozkaz wioskę zrównano z ziemią a ludzi wyrzucono na bruk.  Od tej pory Darvaza zniknęła z mapy Turkmenistanu.  Jednak największa atrakcja tego miejsca pozostała.  Jest to spory krater w ziemi, który płonie od ponad 50 lat! Płomienie wydobywające się z „dziury” naprawdę wyglądają jak wrota piekielne.  W nocy jest to niesamowity widok.  Wspaniale wygląda nie tylko sam krater, ale też pobliskie wydmy oświetlone blaskiem ognia.  Wydaje mi się, że to najwspanialsze i najdziwniejsze miejsce, jakie w życiu widziałam.  Nie do opisania słowami – obejrzyjcie zdjęcia.  Z krateru Rosjanie wydobywali gaz.  Coś jednak poszło nie tak i doszło do ogromnego wycieku na skalę katastrofy ekologicznej.  Zwierzęta, które znajdowały się w pobliżu ulatniającego się gazu zdychały.  Trzeba było temu zaradzić.  Jak? Wystarczy ulatniający się gaz podpalić – nie będzie wtedy zatruwał okolicy.  Rozwiązanie genialne w swojej prostocie.  Jak pomyśleli tak zrobili i w ten sposób dziura płonie już ponad 40 lat, a Turkmenistan zyskał największą atrakcję turystyczną.  Nikt nie wie, kiedy złoża gazu się skończą i płomienie znikną.

Krater znajduje się ok 300 km na północ od Aszgabadu.  Jedziemy oczywiście nielegalnie.  Julica i Trina wykupiły wycieczkę (terenowe auto z kierowcą i przewodnikiem + nocleg w namiocie na pustyni) i zabierają nas na „przyczepkę”.  Ich agencja nie jest zadowolona.  Antonina, która czuwa nad dziewczynami kreci nosem i marudzi, że nie ma miejsca w samochodzie, że nie ma dla nas sprzętu kempingowego i takie tam.  Julica jednak twardo nas broni – twierdzi, że zapłaciła za cały samochód, więc może decydować kto pojedzie, że mamy własny sprzęt.  W końcu staje na tym, że możemy jechać, ale musimy zapłacić dodatkowo 30 dolarów.  Dla nas to świetna okazja, bo wycieczki tego typu są dużo droższe, no i bez paszportów normalnie byśmy tak daleko nie ujechali.  Wszystko na szczęście się udaje.  Zaopatrujemy się w prowiant (min Turkmenistan Vodka – 5 zł za pół litra, ale są też tańsze gatunki) i ruszamy w drogę.  Po drodze łapiemy gumę – opona pęka z powodu zbyt wysokiej temperatury jaka panuje na pustyni.  Kierowca jednak ma zapas i sprawnie zmienia koło.  Biwak na pustyni jest bardzo fajny.  Jemy kolację, pijemy wódeczkę, gadamy.  Wieczorem szalejemy przy kraterze.

Następnego ranka dziewczyny ruszają dalej na północ – do granicy z Uzbekistanem.  My natomiast wracamy stopem do Aszgabadu.  Spotykamy po drodze przemiłych ludzi.  Chyba jednak zmienimy zdanie co do Turkmenistanu – nie jest tu tak źle.  Robotnicy, którzy pracują na pobliskiej budowie w środku niczego (stawiają wiadukt nad torami kolejowymi) postanawiają nam pomóc w znalezieniu transportu.  Zatrzymują 50-letnia, rozklekotaną ciężarówkę.  Kierowca, młody Uzbek zgadza się nas zabrać do Aszgabadu.  Mkniemy z prędkością 60 km/h.  Co 20 km się zatrzymujemy – ciągle coś się psuje w naszej maszynie.  Ostatnia awaria przytrafia się tuż przy posterunku kontrolnym tuż pod Aszgabadem.  Husejn grzebie pod maską z pół godziny.  W tym czasie żołnierze (czy też policjanci) łażą wokół auta, przyglądają się nam.  Jeśli nas będą chcieli wylegitymować – mamy przechlapane.  Najwyraźniej nie mają ochoty się zbytnio wysilać i nie przejmują się dwójką innostrańców.  Po usunięciu usterki bez przeszkód docieramy do Aszgabadu.

Bilans naszego prywatnego „meczu” z agencją przedstawia się następująco:

0:1 – dla agencji, bo skasowali nas 20 USD za odbiór z granicy, mimo, że nikogo od nich tam nie było 0:2 – zawożą nas do drogiego hotelu 0:3 – zabierają nam paszporty 1:3 – przenoszą nas do tańszego hotelu 2:3 – wymykamy się „strażnikowi” i jedziemy do podziemnego jeziora 2:4 – nasze usiłowania odzyskania paszportów nie powiodły się 3:4 – jedziemy do Darvazy

Jak na razie nieznacznie przegrywamy w tym starciu, chociaż ja jestem zdania, że numer z Darvazą to był wspaniały gol! Wymykaliśmy się z hotelu (z dużym plecakiem i namiotem) jak rasowi szpiedzy 🙂

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+