Copland Track

By kuba • Góry, Nowa Zelandia • 17 Mar 2011

Na szlak wyruszamy o 17.00.  Trochę to późno, żeby zaczynać 7-godzinny trek, ale o tej porze dowiózł nas stop 🙂 Na trasie jest jednak mała chatka, w której możemy przenocować.  Docieramy tam po 4 godzinach marszu, już po ciemku.  Szlak bardzo nam się podoba.  Wiedzie przez busz, ale taki typowy nowozelandzki busz, zupełnie różny od lasów, które do tej pory odwiedziliśmy na wyspie.  Jest trochę bardziej wilgotno (ale nie pada – miła odmiana), duużo paproci i jeszcze bardziej zielono.  Poza tym mnóstwo strumieni, które trzeba przekraczać boso, po kamolach lub zwalonych drzewach albo po wysokich, długaśnych i chybotliwych wiszących mostach zbudowanych że stalowych lin i drucianej siatki.  Ech, przygoda!

Całkiem fajnie i ciekawie się idzie.  Żałujemy bardzo, że nie uda nam się zrobić całego Coplanda, choć taki był plan pierwotny.  Okazało się jednak, że jego ostatnia część to już poważna sprawa – trudna przełęcz, na którą trzeba wybrać się z uprzężą, liną, rakami, czekanem i najlepiej z przewodnikiem.  Może kiedyś jednak tam wrócimy i nadrobimy niedopatrzenie.

Nasza chatka jest akurat dwuosobowa i mamy szczęście, bo nikogo w niej nie ma.  Jest za to piętrowe łóżko z materacami, blat do gotowania, stołek, piecyk-koza, którego nie musimy używać, bo jest za ciepło i zbiornik z wodą.  Nic więcej nam nie potrzeba.  No może mogłoby być odrobinę czyściej…  Ale co począć – chatka sprzątana jest ”z urzędu” tylko raz w roku.  Turyści mają obowiązek po sobie sprzątać, ale wiadomo jak to bywa…  Nie jest jednak tak źle, niektóre azjatyckie hotele bywały gorsze 🙂

Następnego dnia śpimy do oporu i niespiesznie docieramy do celu – kempingu przy “Welcome hut” i tamtejszej największej atrakcji, gorących źródeł.  Woda w nich ma 57 stopni, dużo za dużo, żeby się kąpać.  Ale wykopano baseniki i skomplikowany system kanalików w taki sposób, że powstały trzy zbiorniki o temperaturze między 30 a 40 stopni, w których można się taplać.  Możnaby tam siedzieć całe wieki, gdyby nie koszmarne muszki, zwane tutaj sand flies.  Te przebrzydłe stworzenia opanowały wyspę południową, a szczególnie upodobały sobie zachodnie wybrzeże.  Gryzą często, dotkliwie i swędząco.  Bąble po ugryzieniach trzymają się długo, potem podchodzą jakimś płynem, żeby na koniec zostawić po sobie paskudne strupy i blizny.  Paskudztwo, a komary to przy tym sympatyczne stworzonka.  Mimo to gorące źródła bardzo nas ucieszyły.

Po zejściu że szlaku czeka nas kolejne łapanie stopa.  I znowu, jak to na wschodnim wybrzeżu, nie jest wcale różowo.  Aut mało, nikt się nie zatrzymuje a do tego przebrzydłe muszki przypuszczają atak na każdą odkrytą część ciała.  W końcu jednak zatrzymuje się sympatyczna para Hiszpanów.  Podwożą nas tylko 25 km, do lodowca Fox, ale dla nas to ogromna przysługa.  Tego wieczoru postanawiamy zaszaleć – idziemy do “wypasionego” motelu z funduszu Mamuśki 🙂 Wymyci i zrelaksowani oglądamy “Władcę pierścieni” i jesteśmy gotowi na spotkanie z Kamilem, który ma dojechać do nas jutro i przywieźć ładunek czekolad Wedla, polskich pasztetów i kabanosów!

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+