Bazargan, Maku i miejski żywotw Teh(e)ranie

By kuba • Iran • 30 May 2010

No i jesteśmy w Iranie.  Pierwszą noc spędziliśmy w Bazarganie- małej, przygranicznej mieścinie.  Fajne górki dookoła (widać ośnieżony Ararat) i pyszne, świeżutkie ciastka – muffinki w cukierni (po 30 gr za sztukę :).  Ale poza tym, nic ciekawego – najobskurniejszy hotel, w jakim do tej pory byłam.  Po jednej nocy przenosimy się dalej – jak najszybciej do Teheranu.  Po drodze mamy jednodniowy przystanek w Maku – niewielkiej miejscowość ok 40 km od granicy z Turcją.  Tu poznajemy dwóch sympatycznych chłopaków – pobożnego, trochę nawet fanatycznego muzułmanina z lekko wypranym mózgiem – i jego przyjaciela, wyluzowanego trzydziestolatka, który co jakieś dwa miesiące jeździ to Tajlandii zaliczać panienki (oficjalnie – po towar do swojego sklepu).  Dwa baaardzo różne od siebie typy, co nie przeszkadza im trzymać sztamę.  Chłopaki zabierają nas na objazd po mieście: do kafejki internetowej (tu okazuje się, że internet nie działa w całej okolicy), do podupadłego muzeum – pałacu jednego z dawniejszych dygnitarzy, na zakupy – muszę kupić mantou (czyli jakąś tunikę do kolan, chustkę na głowę mam), do swojego sklepu – jeden sprzedaje biżuterię a drugi akcesoria do telefonów komórkowych, a wreszcie – do knajpy na szaszłyki, herbatkę i qalyan (czyli szisze).  Gadamy o życiu.  Chłopaki nie lubią swojego (fuckin’) prezydenta.  Po ciekawie spędzonym dniu nocnym autobusem jedziemy do Teheranu.  Tu zatrzymujemy się na dwa dni u couchsurfingowców- bardzo miłego, młodego małżeństwa: Mahbhoobez i Ahmadrezy.  Jest weekend (w Iranie to znaczy czwartek i piątek), więc większość muzeów i miejsc godnych zobaczenia pozamykana.  Z Mahboobą i Ahmadem (nie lubią prezydenta, chcą po skończeniu studiów wyjechać do Kanady) spędzamy miły weekend – obżeramy się, odwiedzamy ogród morwowy (można siedzieć na kocyku i zajadać morwy prosto z drzewa), jedziemy na Teherańskie „Krupówki” – uliczkę pełną restauracji, palarni sziszy i stoisk z lodami i owocami, która wspina się stromym kanionem na dość znaczną wysokość w górach.  W miejscach, gdzie strumień się wypłaszacza można zapalić fajkę wodną lub zjeść kolację na małej drewnianej platformie wstawionej bezpośrednio do wody! Całość wygląda jakby te wszystkie kramy ktoś zamontował na dosyć wymagającym górskim szlaku.  No i z góry jest wspaniały widok na całe miasto.  Spotykają się tu młodzi Teherańczycy.  Dostajemy też zaproszenie na kolację do szefa naszych gospodarzy (też nie lubi prezydenta, cała jego rodzina mieszka w Kanadzie, on jednak za bardzo kocha swoją firmę, żeby wyjechać z Iranu na stałe).  Podczas weekendu dużo rozmawiamy i wiele dowiadujemy się na temat realiów życia w Iranie.  Co warte, podkreślenia – Teherańczycy są bardzo nowocześni i negatywnie nastawieni do obecnej władzy.  Oni chcą żyć normalnie, nosić miniówki, chodzić do dyskoteki, od czasu do czasu napić się whisky.  Właściwie robią to wszystko, ale w domach.  Jednak poziom represji nie jest tak silny jak kilka lat temu.  Dziewczyny manifestują swoje poglądy nosząc chusty tak bardzo z tyłu głowy jak się da – z przodu włosy swobodnie okalają twarz.  Podobno jakiś miesiąca temu zaostrzono trochę prawo obyczajowe, ale na ulicach tego nie widać.  Dziewczyny są wymalowane, noszą wysokie obcasy, obcisłe jeansy a do nich dopasowane do figury tuniki lub płaszczyki „za pupę”.  Do martowego wyglądu nikt się nie przyczepia, chociaż niesforna, jasna grzywka nieraz wyłazi spod chusty.  Noszę lekką, lnianą tunikę, którą dostałam od Mabhooby i sandały na gołe stopy– i jest git.  Zobaczymy jak to będzie w innych miastach.  Niestety zdjęć na razie nie będzie…  net za wolny  No tu już siec troszkę szybsza wiec proszę:

Comments are closed.

  • RSS
  • Facebook
  • Google+